radek-kirschbaum blog

Ziemio nie kryj niczyjej krwi, iżby lament nie ustawał

W dniu pamięci o ofiarach holocaustu dziennikarze, publicyści, komentatorzy zachłystują sie frazeologizmami takimi na przykład jak „Najwieksza zbrodnia ludzkości”, „Najpotworniejsza rzecz jaką człowiek uczynił człowiekowi”. Kirschbaum nie umie dyskutowac na poziomie przymiotników, bo też i nie wie jakby należało pomierzyć zbrodnię, cierpienie, niegodziwośc, podłosc i okrucieństwio do jakiego zdolny jest rodzaj ludzki wobec siebie. W tych emafatycznych reklacjach brzmi też echo ulgi, że na szczęscie „jest już to za nami, rozliczone, opisane, zmierzone, upamiętnione, a świadkowie niedługo wymrą i będzie pozamiatane.”
bigletter01.jpg
[fot.www.deathcamps.org]

Pamiętając o ofiarach Holocaustu, o Żydach, homoseksualistach, Romach, Polakach, katolickich księżach, inteligencji, warto pamiętać także o tym, że według ostrożnych wyliczeń historyków utopia komunistyczna pochłonęła w latach 1917-1991:
- ZSRR – 20 milionów ofiar śmiertelnych
- Chiny (bez Tybetu) – 64 miliony ofiar
- Tybet – ok. 1,2 miliona ofiar (1/4 narodu)
- Wietnam – ok. 1 miliona ofiar
- Kambodża – około 2 milionów (1/3 narodu)
- Korea – 2-3 milionów ofiar
- Afryka – około 2 milionów ofiar
- Afganistan – około 1,5 miliona ofiar
Europa Wschodnia – około 1 miliona ofiar
-Ameryka Łacińska – ok. 150 tys. ofiar
Razem około 100 milionów ofiar. Rezimy na Kubie, w Korei, Chinach nadal trwają a ten ostatni ma sie znakomicie , i nie przeszkadza mu okupacja Tybetu.

„A biały prócz śniegu
nad nami jest orzeł
są białe niedźwiedzie
i jest Białe Morze
i w tajdze są groby
bez krzyży i zniczy
i białe są karty
dziejowych rozliczeń
i zbrodnię ktoś w białą
owija bawełnę
i biała bezsenność
i biała bezsenność”
(Jan Krzysztof Kelus, „Piosenka o rzeczach białych”)

Dobra noc.

My, ludzie dobrej woli, Żydzi, Polacy, obywatele i mieszkańcy wielu krajów świata, chcemy wyrazić pełne i entuzjastyczne poparcie dla kandydatury prawdziwej bohaterki, Pani Ireny Sendler, do Pokojowej Nagrody Nobla.

Przeszło 60 lat po Holokauście wiemy, że ta chwila może być ostatnią okazją dla tak wybitnej i szanowanej instytucji jak Komitet Noblowski, by uhonorować osobę żyjącą za czyny bohaterskie, które stanowią wzorzec do naśladowania dla wszystkich, którzy troszczą się o pokojową przyszłość ludzkości. Ratowanie najbardziej bezbronnych członków prześladowanej mniejszości przed horrorem totalitarnego ludobójstwa to istota dobra i humanizmu.

W czasach bezprawia i zbrodni, Pani Irena Sendler wraz z innymi osobami zaangażowanymi w działalność polskiego podziemia ryzykowała życie dla ocalenia życia żydowskich dzieci. Pani Irena Sendler jest jedną z ostatnich bohaterów pokolenia naszych rodziców i dziadków, którzy stanęli wobec wyjątkowego zła i okazali niebywałą odwagę, siłę przekonań oraz moc skrywającą się w ludzkiej woli.

Radek Kirschbaum podpisał ten list, ty tez może możesz podpisać Tutaj na stronie Forum Żydów Polskich i przeczytac o samej kandydatce.

W czasie drugiej wojny światowej najdłuższa kampanią była Bitwa o Atlantyk, nazwana tak przez Churchilla. Wzięło w niej kilkaset niemieckich łodzi podwodnych, słynnych U-bootów, które zatopiły około 2800 statków i 200 okrętów aliantów i zadały śmierć około 30 tysiącom marynarzy państw alianckich. Do dzisiaj każdy film zahaczający o te historię obowiązkowo ukazuje marynarzy U-bootów strzelających do rozbitków, aczkolwiek znany jest tylko jeden taki potwierdzony przypadek.
13 marca U-852 dowodzony przez Hienza-Wilhelma Ecka zatopił grecki statek z międzynarodowa obsadą „Peleus. W celu ustalenia nazwy zatopionego statku Eck wziął dwóch jeńców, dowiedział się czego chciał i wysadził ich na jedna z tratw. Później jednak zmienił zdanie i mimo protestów oficerów kazał obsadzić broń maszynową i od godziny 20:00 do 1:00 w nocy krążył w miejscu zatopienia „Peleusa” strzelając do wszystkiego co się unosiło na wodzie, twierdząc, że chciał w ten sposób zamaskować ślady swojej bytności w tym miejscu. Zginęło 31 członków z liczącej 35 osób załogi „Peleusa”. U-852 jeszcze w czasie tego patrolu został samozatopiony u wybrzeża wschodniej Afryki a cała załoga dostała się do brytyjskiej niewoli. Po zakończeniu wojny Eck i jego dwaj oficerowie zostali skazani przez brytyjski sąd wojskowy w Hamburgu za ostrzelanie rozbitków z „Peleusa” na karę śmierci, wyrok wykonano 30 listopada 1945 roku.

Dwa lata wcześniej, w nocy 13 na 14 kwietnia dowodzony przez Hamiltona W. Howe niszczyciel USS „Roper” US Navy zaskoczył na płytkiej wodzie U-85 dowodzony przez Eberharda Gregera.

dd147001.jpg
USS Roper
[za www.destroyersonline.com]

Na płytkiej wodzie wynurzony U-boot był bez szans, po próbie storpedowania amerykańskiego niszczyciela Greger podjął decyzję o samozatopieniu, zrobił gwałtowny zwrot, nakazał otworzyć zawory denne i wydał rozkaz opuszczenia okrętu. . Z odległości 300 metrów dowódca „Ropera” nakazał otworzyc ogień z broni maszynowej do próbujących się ratować – teraz już bezbronnych, wskakujących do wody marynarzy z U-boota. Nastepnie po zatonięciu U-boota, „Roper” zrobił zwrot i przeszedł na dużej szybkości przez pływających w wodzie rozbitków a potem dla poprawienia efektu zrzucił między nimi jedenaście bomb głębinowych nastawionych na mała głębokość. Nikt z liczącej 46 osób załogi nie przeżył.
Podobny los spotkał załogę U-352 zatopionego przez inną jednostkę US Navy 8 maja w tym samym rejonie. Później wprowadzono strzelanie do ratujących się Niemców jako standardową procedurę mająca zapobiec samozatapianiu okrętów podwodnych. Wywiady alianckie potrzebowały pilnie ksiąg kodowych enigmy. Nikt z wypełniających ani wydających rozkazy strzelania do rozbitków z U-bootów nigdy nie został osądzony ani skazany. Spośród 648 U-bootów, które wyszły na patrole, 429 nie wróciło grzebiąc około 30 tysięcy z 40 tysięcy marynarzy U-bootwaffe

vii_b_b1.jpg
U-boot Typu VIIB, taki sam jak U-85
[za www.uboot.org]

17 września 1954 roku „Prawda” opublikowała depeszę agencji TASS, że 14 wrzesnia przeprowadzono na terenie ZSRR unikalne ćwiczenia i manewry.
„W ostatnich dniach zgodnie z planem, na terytorium ZSRR przeprowadzono próbę jednego z rodzajów broni jądrowej. Celem próby było zbadanie przebiegu wybuchu atomowego. Doświadczenie dało cenne rezultaty, które pomogą naukowcom i inżynierom pomyślnie rozwiązać zadania z zakresu obrony przed atakiem nuklearnym.”
Jakiego typu było to doświadczenie, które przeprowadzono w okręgu oranienburskim, na poligonie Tockoje mówią świadkowie a także autorzy kilku wzmianek – m.in. Wiktor Suworow w książce „Cień zwycięstwa”, napomyka o tym także oficer łącznikowy przy Układzie Warszawskim Tadeusz Pióro w książce „Armia ze skazą”. Otóż na poligonie oprócz sprzętu wojskowego, okopów, zwierząt hodowlanych w terenie otwartym i pomieszczeniach znalazło się około 45 do 60 tysięcy żołnierzy wszystkich rodzajów sił zbrojnych podzielonych formalnie na dwie armie z których jedna miała ćwiczyć obronę w warunkach wojny atomowej a druga atak poprowadzony poprzez epicentrum wybuchu. W róznych typach umocnień pozamykano rowniez w charakterze hodowlanych świnek morskich zeków, czyli więźniów. 14 września samolot Tu4 zrzucił z wysokości 8000 metrów bombę o mocy 40 KT (dwa razy więcej niż bomba zrzucona na Hiroszimę) która eksplodowała 3590 metrów nad ziemia niszcząc wszystko w promieniu 1500 metrów. Ludzie byli dalej. Piechota w odkrytych okopach. Strój ochronny to był impregnowany brezent i maski przeciwgazowe lub przeciwpyłowe. Po przejściu fali uderzeniowej obie „strony” rozpoczęły manewry. Nikt nie chronił się przed padającym z nieba radioaktywnym pyłem, nikt nie odkażał terenu, nie dezaktywował sprzętu. Skażenie było tak wysokie, że wysiadła aparatura pomiarowa, licznikom Geigera skończyła się skala. W miejscu przeprowadzonych ćwiczeń stoi do dzisiaj tablica ku czci Marszałka Georgija Żukowa i ku czci tych manewrów. Wszyscy żołnierze biorący udział w eksperymencie otrzymali fałszywe dokumenty potwierdzające, że w tym czasie służyli w zupełnie innych miejscach, wszyscy zostali zmuszeni do podpisania zobowiązań milczenia przez 25 lat. I słusznie, po 25 latach mało kto z nich żył, żyły natomiast i żyją do dzisiaj dzieci i dzieci ich dzieci – z wodogłowie, rodzące się od raz zaawansowanym rakiem, zrzeszotnieniem kości, zanikiem mięśni. Nikt tym ludziom nie powiedział, że lepiej żeby nie płodzili dzieci, wiekszosc z nich zresztą, jako pierwsze objawy choroby popromiennej cierpiała na impotencję. Wielu zapadało na te chorobe w ostrej formie jeszcze na poligonie. Najsilniejsi trzymali się latami. Nie mogli jednak powiedzuiec lekarzom nic ciekawego o swoich schorzeniach, natychmiast bowiem byliby aresztowani lub uznani za wariatów. Wszakże ich dokumenty mówiły niezbicie co innego. A co znaczyła bumaga w ZSRR – to wie chyba jeszcze każdy.
Doświadczenie nie posłuzyło więc medycynie, wykazalo natomiast na wielkiej próbce i ponad wszelka wątpliwość, że człowiek, takżę radziecki człowiek – nie jest odporny na wybuch jądrowy.
To samo wykazało zrzucenie bomb na Nagasaki i Hiroszimę, 9 lat wcześniej.

Marszałek Żukow dowodził z terenu nieobjętego atakiem jądrowym. Na swoje sześćdziesiąte urodziny , w roku 1956 – przyznał sam sobie czwarty tytuł Bohatera Związku Radzieckiego.

Otrzymał też z rak rządu polskiego Krzyż Wielki orderu Virtuti Militari. Hańba Bohaterom.

WYSOKO W HIMALAJACH

2 komentarzy

Nangpa-la jest głównym szlakiem (średnio niemal trzech tysięcy rocznie) uchodźców z Tybetu. W ostatnich latach funkcjonariusze paramilitarnej Ludowej Policji Zbrojnej, która odpowiada za kontrolę granic, i żołnierze Armii Ludowo-Wyzwoleńczej ścigali uciekinierów z Tybetu nawet po nepalskiej stronie granicy. W 2003 roku Chiny doprowadziły szosę do oddalonego o sześć kilometrów od przełęczy Gjaplungu i utworzyły tam stały posterunek. Wtedy też ambasador ChRL w Katmandu oświadczył, że jego rząd „zrobi wszystko”, by powstrzymać uciekinierów z Tybetu.
30 września tego roku Jeden ze wspinaczy, atakujących ośmiotysięcznik oddalony o jakieś dwadzieścia kilometrów od granicy z Nepalem, napisał: „Zobaczyłem sznur Tybetańczyków podchodzących do przełęczy – normalny widok. A potem, bez żadnego ostrzeżenia, padły strzały. Kanonada. Ludzie zaczęli biec w górę. Patrzyliśmy, jak ostrzeliwany ludzki wąż brnie przez śnieg i jak padają na ziemię dwa cienie. Sprawdziliśmy przez lornetkę – dwie osoby leżały i nie dawały znaku życia”.
Grupa uciekinierów – w wieku od dziesięciu do trzydziestu kilku lat, w większości z Khamu – liczyła ponad siedemdziesiąt osób. Czterdzieści trzy przeżyły strzelaninę i zdołały przekroczyć granicę Nepalu; w tej chwili wędrują do ośrodka tranzytowego w Katmandu. Lokalne źródła informują, iż uchodźcy obawiają się, że ofiar było więcej. Nie wiadomo, co stało się z ponad trzydziestoma uciekinierami. Mogli zostać schwytani przez chińskie służby bezpieczeństwa, ponieważ tego samego dnia na pobliskiej drodze widziano wojskowe samochody i ambulanse. Inne źródło utrzymuje, że uchodźcy zostawili na przełęczy podziurawione kulami ciało mniszki, ponieważ bali się, że zostaną aresztowani.

„W bazie mogło być nawet sześćdziesięciu wspinaczy – powiedział ICT brytyjski przewodnik. – Widzieli, jak chińscy żołnierze klękają, celują i raz po raz strzelają do zupełnie bezbronnych ludzi. Nie mieliśmy pojęcia do kogo, ale widzieliśmy, że to ludzie. Kilka godzin później na przełęczy pojawiła się karawana jaków z Nepalu i wtedy nie padły żadne strzały. Najwyraźniej nie strzelają na ślepo. Przeżyliśmy szok”.

Choć wyraźnie widać, że strzelano w plecy bezbronnym ludziom, kilka dni po opublikowaniu relacji himalaistów rządowa agencja Xinhua poinformowała, że żołnierze „otworzyli ogień w obronie własnej”. Nikt też – mimo oczywistych dowodów – miał nie zginąć od kul. Dwoje „rannych” Tybetańczyków umarło jakoby „w szpitalu” na skutek „choroby wysokościowej”.
Uciekinierzy z Tybetu byli wcześniej ostrzeliwani po obu stronach granicy, lecz ten wypadek należy do najpoważniejszych w ostatnich latach. Strzelali prawdopodobnie funkcjonariusze Ludowej Policji Zbrojnej, paramilitarnej formacji wyodrębnionej z Armii Ludowo-Wyzwoleńczej na początku lat osiemdziesiątych. LPZ odpowiada za bezpieczeństwo wewnętrzne, kontrolę granic i ochronę rozmaitych instytucji, w tym więzień. Jej funkcjonariusze patrolują górskie przełęcze, przez które Tybetańczycy – od dwóch do trzech tysięcy osób rocznie – próbują przedostać się do Nepalu, by dotrzeć do Indii, żeby znaleźć tam schronienie przed prześladowaniami lub po prostu zobaczyć Dalajlamę. Trzecią część uciekinierów stanowią dzieci, wysyłane do szkół prowadzonych przez tybetańską diasporę. Wśród uchodźców jest wielu mnichów i mniszek, pragnących zdobyć wykształcenie monastyczne, którego uzyskanie uniemożliwiają restrykcje nakładane na klasztory w Tybecie.

W ostatnich latach położenie tybetańskich uchodźców uległo pogorszeniu z uwagi na rosnące wpływy Pekinu w Katmandu. W 2005 roku nepalski rząd kazał zamknąć biuro przedstawiciela Dalajlamy i ośrodek udzielający pomocy uciekinierom z Tybetu. Niepewna sytuacja polityczna sprawia, że uchodźcy nie mogą być pewni przysługującego im prawa do ochrony. Tybetańczycy nie są bezpieczni po obu stronach granicy. W Nepalu coraz częściej grozi im refoulment, czyli bezprawne wydalenie do kraju, w którym mogą być prześladowani. Pod koniec zeszłego roku mnożyły się przypadki zatrzymywania i więzienia Tybetańczyków, usiłujących przedostać się do Katmandu. W 2000 roku w drodze do szpitala zmarł postrzelony przez nepalską policję mnich, któremu udało się przedostać do tego kraju.

„Trzeba zagwarantować bezpieczeństwo Tybetańczykom, którym udało się przeżyć strzelaninę i dotrzeć do Nepalu - apeluje Mary Beth Markey z ICT. – Czekamy na zapewnienie biura Wysokiego Komisarza ONZ ds. Uchodźców, że otoczy ich skuteczną ochroną, tym bardziej że Chinom wydawano już ludzi, którzy zwrócili się o pomoc tej instytucji”.
Wedle prawa międzynarodowego straż graniczna może używać broni palnej tylko w ostateczności i w sytuacji bezpośredniego zagrożenia życia. Z relacji naocznych świadków wynika, że w tym przypadku chińscy funkcjonariusze otworzyli ogień bez powodu i bezprawnie. ICT wzywa Stany Zjednoczone i inne rządy do wystosowania oficjalnych protestów oraz potępienia Chin za rażące naruszenie praw człowieka i zabicie co najmniej jednego człowieka.

Po kliknięciu na ten link, możesz zobaczyc na własne oczy jak Chińska Armia okazuje męstwo.

(na podstawie materiałów z serwisu http://www.hfhrpol.waw.pl/Tybet/)

Oto jedna z relacji stanowiących fragment artykułu pt. „Wpędzić, rozproszyć” opublikowanego w 49 nr KARTY:

Antoni Dubiec (z Horostyty)*:

Po zakwaterowaniu rodziny w kolonii Lelkowo, ojciec pojechał do naszej rodzinnej wsi Horostyta, chcąc ratować zostawiony majątek. Był rok 1947. Po jakimś czasie otrzymaliśmy wiadomość, że został aresztowany przez funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa we Włodawie. Słuch po nim zaginął. [….]
Naszą niepewność przerwał powrót z JAWORZNA znajomego z sąsiedniej wsi. Opowiadał, co tam przeżył. Głód, chłód, znęcanie się nad bezbronnymi, katowanie niewinnych. Opowiadał nam o Ojcu – został pobity przez strażników. Miał połamane żebra, krwotok z ust. Był grudzień 1947, mroźna zima. Mama naprędce przygotowała paczkę. Wysłałem ją z miejscowej poczty. Wróciła po pewnym czasie, z pokruszonymi bułkami. Odebrałem ją.

Łzy znaczyły moją drogę ze szkoły do domu. Zamarzały na styczniowym mrozie. Zrozumiałem, że ojca już nie ma. Na potwierdzenie nie trzeba było długo czekać. Niebawem z JAWORZNA przyszło zawiadomienie :

„Szymon Dubiec zmarł 4 stycznia 1948”.

Przysłano też rzeczy osobiste ojca. Niewiele: stary, dziurawy kożuch, i mały kalendarzyk – prezent ode mnie. Na jednej ze stron przeczytałem jego własnoręczny wypis:

„Synu, bądź w życiu sprawiedliwym człowiekiem”.

[49 numer Karty]

* Horostyta – wieś w położona w województwie lubelskim, w powiecie włodawskim. W miejscowości tej pozostała cerkiew prawosławna z 1875 r. jest to dawna cerkiew parafialna greko-katolicka z XVII wieku. W latach powojennych Wieś była uważana za przyjazną dla OUN, została objęta „Akcją Wisła”.

Horost1.jpg

[foto: www.okuninka.pl]

Cerkiew w miejscowości Horostyta.

Dariusz Pado

Polski Obóz Koncentracyjny w Jaworznie

W czasie II wojny światowej w Jaworznie znajdował się podobóz obozu koncentracyjnego Auschwitz, którego więźniowie pracowali w jaworznickich kopalniach (SS-Lager Dachsgrube). Po wojnie owa jednostka organizacyjna przejęta została przez polski Urząd Bezpieczeństwa Publicznego i funkcjonowała pod nazwą „Centralnego Obozu Pracy w Jaworznie”. Obóz działał nadal i był miejscem więzienia dla niemieckich jeńców wojennych, potem Volksdeutschów. Następnie było to miejsce odosobnienia dla Ukraińców oraz polskich Łemków, wysiedlanych z rejonów wschodniej Polski w ramach „Akcji Wisła”. Z tych też powodów miejsce to stało się niechlubną kartą polskiej powojennej historii, gdyż naród męczenników, doświadczony i wyniszczony wojną, stał się sam oprawcą i katem dla niewielkich mniejszości narodowych, które w żaden sposób nie mogły zagrozić suwerenności ani jego bezpieczeństwu wewnętrznemu.
Decyzję o osadzeniu w tym obozie osób narodowości ukraińskiej zatrzymanych w ramach akcji Wisła podjęło najprawdopodobniej Biuro Polityczne KC PPR, na posiedzeniu w dniu 23 kwietnia 1947 r. Był to w zasadzie jedyny nadający się do tego celu obóz, gdyż obóz w Potulicach (województwo pomorskie) był zbyt odległy. Ponadto w pobliskim Oświęcimiu znajdował się rozbudowany system bocznic kolejowych, który umożliwiał równoczesne przyjmowanie kilku transportów ewakuowanej ludności, przeprowadzanie jej kontroli i dokonywanie rozdziału zgodnie z miejscem przeznaczenia. Wypędzeni więc ze swej ojcowizny Ukraińcy i Łemkowie, jadać do swego obozu koncentracyjnego, mijali bocznice kolejowe, którymi jechały wagony do Auschwitz i Brzezinki. Może fakt ten nie stanowi paradoksu historycznego lecz jest dowodem na to, iż eksterminacja stała się jednym z najpotworniejszych wynalazków XX wieku a ofiary szybko skuteczności tej metody nauczyły się od swoich katów i od „braci ze wschodu”.
Pierwszy transport przyszedł do Jaworzna 9 V 1947 r. z Oświęcimia. Przewieziono wówczas pierwszą grupę 17 więźniów. Osadzono ich w wyodrębnionej części obozu. W sumie w 1947 r. osadzono w nim 3760 osób. Rozkazy przyjęcia pochodziły z Powiatowych Urzędów Bezpieczeństwa Publicznego we Włodawie, Krośnie, Lubaczowie, Jaśle, Sanoku, Przemyślu, Jarosławiu, Rzeszowie, Gorlicach, Tomaszowie Lubelskim.
Na terenie obozu działała grupa śledcza Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Oficerowie tej grupy prowadzili postępowania przygotowawcze wobec osób podejrzewanych o przynależność do UPA lub udzielanie jej pomocy. Więzionych mężczyzn osadzano w pięciu barakach, a kobiety w dwóch. W barakach wyodrębniono po trzy pomieszczenia, zabudowane trzypiętrowymi pryczami. Brakowało sienników, słomy i koców. Zimą opalano baraki małymi piecykami. System zabezpieczenia obozu składał się z 12 murowanych wież strażniczych, wyposażonych w broń maszynową i reflektory, podwójnego pasa drutów podłączonych do prądu wysokiego napięcia oraz 5-metrowej wysokości muru wybudowanego po wojnie od strony szosy Kraków-Katowice.
W obozie funkcjonowały warsztaty krawieckie i szewskie, produkujące na rzecz Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Część więźniów zatrudniano również przy niwelacji terenu i budowie muru oraz w pobliskich zakładach przemysłowych. Praca nie była wynagradzana, a wiązała się z nią jedynie możliwość uzyskania dodatkowych racji żywnościowych. Porcje żywnościowe były głodowe i miały bardzo małą wartość odżywczą. O warunkach panujących w obozie świadczą raporty Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego, nawet one nie ukrywają prawdy o nieludzkich warunkach: – …Więźniowie jedzą surowe ziemniaki, niemyte, buraki, marchew, w które to produkty zaopatrują się będąc użytymi przy wyładowywaniu wagonów. Baraki „UPA” są nieco przeludnione, ponadto odczuwa się brak słomy. Ukraińcy są pozbawieni w większości wypadków bielizny i ubrań, co też uniemożliwia im mycie codzienne, posiadane zaś ubrania są w tak opłakanym stanie, że nie mogą opuścić baraku…
Materiały COP w Jaworznie z tat 1947 i 1948 r. wykazały, iż w obozie umieszczono łącznie 3873 osoby narodowości ukraińskiej, w tym 916 kobiet i dziewcząt oraz 107 dzieci w wieku do 17 lat, zwolniono do domów 529 osób, a w transportach kierowanych do nowych miejsc osiedlenia wysłano 2385 osób. W obozie zmarło 158 osób. W stosunku do 660 osób skierowano akty oskarżenia do Wojskowych Sądów Rejonowych. 8 osób przekazano do dyspozycji urzędów bezpieczeństwa. W Księgach brak zapisów odnośnie do losu 33 osób. Ustalono, iż wśród osadzonych było 85 przedstawicieli inteligencji (księża, inżynierowie, nauczyciele, urzędnicy, artyści itd.). Pozostali to chłopi, robotnicy, rzemieślnicy i uczniowie.
W COP Jaworzno istniał rozbudowany system kar za najdrobniejsze nawet przewinienia; egzekwowali je głównie więźniowie funkcyjni i funkcjonariusze KBW. Spośród kar wyróżnić można:
- długotrwałe bieganie, czołganie się, skakanie tzw. żabką,
- karne stójki, połączone często z trzymaniem – obciążonych cegłami – rąk nad głową,
- osadzanie w karcerze wypełnionym wodą,
- przepędzanie więźniów pomiędzy dwoma rzędami funkcjonariuszy obozowych i więźniów funkcyjnych, którzy bili pędzonych pałkami, prętami i deskami; tę formę kary nazywano „ukraińskimi procesjami”,
- bicie osadzonych różnymi przedmiotami.
Podane przykłady wskazują, iż nad osadzonymi znęcali się zarówno strażnicy, jak i współwięźniowie.
Niezależnie od tego śledztwo dowiodło, że wobec więźniów dopuszczali się tortur również funkcjonariusze z grupy śledczej Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego.
Ich przestępcze działania polegały na:
- biciu przesłuchiwanych rękami, pięściami i kopaniu po całym ciele,
- używaniu do bicia niebezpiecznych narzędzi w rodzaju pałek gumowych, metalowych prętów, desek, kabli, nóg od stołków,
- porażaniu prądem elektrycznym,
- polewaniu zimną wodą, wlewaniu jej do ust i nosa,
- wbijaniu szpilek w ciało,
- długotrwałym sadzaniu na nodze odwróconego stołka.
W

Warszawska ukraińska gazeta „Nasze Słowo” Nr 12 i 13 z 1990 roku publikuje opracowanie Jewhena Misyły na temat tego obozu. Czytamy w niej : „po raz pierwszy publikujemy spis nazwisk Ukraińców, którzy w latach 1947-1948 zostali zabici lub zamęczeni w obozie koncentracyjnym w Jaworznie. W rezultacie prowadzonych w ciągu kilku lat poszukiwań dotychczas ustalono 150 nazwisk ofiar. Wiadomo jednak że w obozie zginęło o wiele więcej ludzi..”
W spisie ofiar obozu koncentracyjnego w Jaworznie są nazwiska 144 mężczyzn, 4 kobiet oraz 15-letniego chłopca…
Najwięcej ludzi zginęło w listopadzie (33) oraz w grudniu (43) 1947 roku. Ich w sposób nieprawdopodobny konsekwentnie torturowano i morzono głodem, a dobiło ich zimno i niepohamowane choroby…” .

W 1949 r. Centralny Obóz Pracy przekształcono w ośrodek pracy przymusowej m.in. więziono wówczas żołnierzy AK i UPA. Obóz uległ likwidacji w związku z rozbudową Jaworzna. Więźniowie zostali przeniesieni do zakładu karnego w Iławie.

Dariusz Pado

Materiały – źródła IPN.

Jaworzno z lotu ptaka

1.jpg

[foto: www.jaworzno.pl]

030513172340.jpg [fot. www.wizna.pl]

Wojciech Boros
CIĘZKO RANNY KAPITAN RAGINIS PODEJMUJE DECYZJĘ

Ledwie widzę na oczy. Dym przegryza wszystko.
Straszny jest ten wrześniowy upał. Trzymam się zawleczki.
To metalowe kółeczko pozwala mi zrozumieć kolej rzeczy.

Idźcie już, chłopcy. Wy musicie przetrwać.
Ja w tym schronie zaczekam na lepsze czasy.
Idźcie już – ta cisza nie będzie trwać wiecznie.

***

Kapitan Raginis urodził się 27.06.1908 w Dyneburgu na Łotwie, ukończył Szkołę Podchorązych w Ostrowi Mazowieckiej, w 1939 w formie wyróznienia dostał awans na kapitana i został przeniesiony do Korpusu Ochrony Pogranicza na odcinek „Sarny”. W ramach mobilizacji
dnia 2 września 1939 roku został mianowany dowódcą odcinka „Wizna” i został podporządkowany dowódcy twierdzy Osowiec podpułkownikowi Tadeuszowi Tabaczyńskiemu. Zadaniem Raginisa było zamknięcie przeprawy, na rzekach Narew i Biebrza, w granicach odcinka. W chwili objęcia dowodzenia Raginis dysponował następującymi siłami:
• 8 kompania strzelecka 135 pułku piechoty, wzmocniona plutonem ciężkich karabinów maszynowych – dowódca kapitan Schmidt
• 3 kompania ciężkich karabinów maszynowych batalionu fortecznego Osowiec – dowódca kapitan Władysław Raginis
• bateria artylerii pozycyjnej ( dwa plutony armat 76 mm) – dowódca porucznik Brykalski
• 136 rezerwowa kompania saperów
• pluton artylerii piechoty z 71 pułku piechoty
• pluton zwiadowców konnych 135 pułku piechoty
• pluton pionierów 71 pułku piechoty
Łączny stan osobowy wynosił 20 oficerów i 700 szeregowców, uzbrojonych w sześć dział lekkich, dwadzieścia cztery ciężkie karabiny maszynowe, osiemnaście ręcznych karabinów maszynowych, dwa karabiny przeciwpancerne.
Razem z dowódcą odcinka „Giełczyn”, porucznikiem Stanisławem Brykalskim, powzieli wzajemną przysięgę, że żywi nie oddadzą powierzonej im pozycji.
Między 7 a 10 września na samotne oddziały pod dowództwem kapitana Raginisa wyszły cztery wielkie jednostki niemieckie z XIX Korpusu Pancernego pod dowództwem generała Heinza Guderiana – 20 Dywizja Zmotoryzowana, Brygada Froteczna Lotzen, oraz 3 i 10 Dywizja Pancerne, razem siły niemieckie liczyły około 42 000 żołnierzy, w tym ponad 1200 oficerów. Dywizje niemieckie posiadały następujące uzbrojenie: 350 czołgów, 108 haubic, 58 dział lekkich, 195 dział przeciwpancernych, 108 moździerzy, 188 granatników, 288 ciężkich karabinów maszynowych, 689 ręcznych karabinów maszynowych. Przewaga w ludziach wynosiła 60:1 na korzysc Niemców.
Kombinowany oddział kapuitana Raginisa bronił umocnień i tyłów całej armii polskiej pozbawiony łączności i pomocy własnego dowództwa między 7 a 10 września zatrzymując owe sześćdziesięciokrotnie przeważające siły niemieckie. Mimo przewagi Niemcy musieli wyrzynać załogę po zalodze, schron po schronie. Porucznik Stanisław Brykalski dopełnił swojej przysięgi 9 września, zginął na stanowisku bojowym, kiedy nie dało się więcej strzelać ze schronów, pozbawionych wentylacji i wyniesiono broń do okopów.
U Niemców rosła rycerska irytacja, którą obrazowo opisuje jeden z obrońców odcinka „Kurpiki” Kapitan Wacław Schmidt : „ Około godziny 15 straciłem pierwszy ckm i zostałem tak oślepiony, że straciłem wzrok. Do godziny 18 nieprzyjaciel uszkodził wszystką broń maszynową w obiekcie, raniąc ciężko mnie i pięciu szeregowców. Stan rannych w jednej zupełnie ciemnej izbie wśród stłoczonych dwudziestu sześciu ludzi stale się pogarszał, broni maszynowej już nie było… Zdecydowałem się poddać obiekt. Każdy żołnierz jak również i ranni, który wydostał się przez wyjście zapasowe został przez żołnierzy niemieckich dotkliwie skopany i pobity. Wychodząc przedostatni ze schronu dostałem postrzał w głowę z pistoletu. Następnie gdy straciłem świadomość, zostałem jak mi opowiadano skopany.”

10 wrzesnia koło południa generał Heinz Guderian miał ostatecznie dosyć. Zirytowany do granic wytrzymałości niemieckiego oficera postanowił zaszantażować polskiego dowódcę – albo ostatni schron na Strękowej Górze się podda, albo po zdobyciu schronu wszyscy obrońcy, cali i ranni, także ci wzięci wcześniej do niewoli zostaną rozstrzelani. Dał na to może nawet słowo honoru oficera wehrmachtu, kto wie.

I wtedy kapitan Raginis – wcześniej tego samego dnia ciężko ranny odłamkami pocisku artyleryjskiego w głowę i tułów – podejmuje decyzję.

gallery&size=400
[fot. E. Lokajski, ze zbiorów Muzeum Powstania Warszawskiego]

„Wciaż mam przed oczami dwa obrazy z wczorajszego chrztu bojowego. Pierwszy – to widok ulicy Towarowej. Poprzewracane wozy tramwajowe, popalone samochody, powalone drzewa i latarnie uliczne. Tu i ówdzie leżą zabici Niemcy i nasi. Jeden z biało-czerwoną opaską jeszcze żyje. Wspiera się na rękach, unosi na kolana. W tej chwili zostaje znowu ścięty serią pocisków ze szmajsera przez stojącego w otwartej wieżyczce czołgu esesmana.
Drugi obraz – to obraz jakiegoś cywila, który widząc, że knoty rzucanych przez nas butelek z benzyną gasną w locie, zgarnia wióry ku oknu sali fabrycznej, oblewa je benzyną, podpala i stojąc w płomieniach, płonącą ręką miota palące się butelki. To on spalił czołg, nie my.”
[Wacław Zagórski, "Wicher Wolności", wyd. Przedświt, Warszawa 1989]

Kpt. Wacław Zagórski, pseudonim Lech Grzybowski – urodzony w 1909, prawnik. W Kampanii Wrześniowej jako oficer rezerwy bezskutecznie usiłuje dotrzeć do macierzystego garnizonu 24. Pułku Piechoty, stacjonującego w Łucku. Po agresji sowieckiej dociera do Wilna, gdzie zakłada tajną organizację „Wolność”. W marcu 1940, znów w Warszawie, podejmuje konspiracyjną działalność polityczną i wydawniczą. W Powstaniu Warszawskim walczy jako dowódca II batalionu Zgrupowania „Chrobry II”. Jego oddział do końca utrzymuje swój odcinek „twardego frontu”, uniemożliwiając Niemcom wdarcie się w głąb Śródmieścia od północy. Po upadku Powstania jest jeńcem. Po wyzwoleniu zaciąga się do 2. Korpusu Polskiego we Włoszech. Decyduje się pozostać na emigracji i od 1946 mieszka w Wielkiej Brytanii. Pracuje jako robotnik, działa w emigracyjnej PPS. W latach 1959 – 1982 jest redaktorem londyńskiego „Tygodnia Polskiego”. Odznaczony m.in. Orderem Virtuti Militari V klasy (1944). Umiera w 1982.

16.jpg
[fot. http://www.pomorze.gd.pl ]

Jesienią 1944 front wschodni oparł się o Wisłę i gdzieniegdzie o granicę Prus Wschodnich. Dowódcy obszarów przez które niebawem miała przetoczyć się sowiecka ofensywa, wiedzieli, że to jest już koniec. Na pewno czuli bowiem wielu z nich występowało o wydanie zgody na planową ewakuację ludności cywilnej z rdzennych terenów Rzeszy aby uchronić ją od niepotrzebnych strat a zarazem ułatwić manewrowanie wojsk w obronie. Trzech gauleiterów: Pomorza/Prus Zachodnich – Albert Forster, Prus Wschodnich – Erich Koch i Sląska -Karl Hanke jednak stawiało wojskowym zdecydowany opór w tych planach. Wywodzili że jesienią 1944 roku takie działania byłyby sianiem defetyzmu. Wobec narastającej histerii końca wojny oraz oczywistych oznak rozkładu Państwa coraz więcej było bowiem mowy o posłuszeństwie przez strach, dyscyplinie, poprzez mord. Z wyroków lotnych sądów wojskowych rozstrzeliwano coraz więcej, coraz młodszych oficerów i żołnierzy fuhrera pod byle pretekstem. Gauleiterzy Hanke, Forster i Koch stanowili niejako zwarty front przeciwko ewakuacjom śląc do fuhrera telegram za telegramem jak to będą walczyć do ostatniej kropli krwi i nie oddadzą ani piędzi niemieckiej ziemi, być może pisali tez coś o oddawaniu guzików. Podobno w czasie wizyty Alberta Speera we Wrocławiu Hanke miał powiedzieć:
„-Rosjanie nigdy go nie zdobędą. Prędzej go spalę!”

Sowiecka ofensywa ruszyła 17 stycznia 1945 roku i rozcięła front natychmiast na kilka izolowanych odcinków. Powstały „wędrujące kotły” złożone z odciętych od sztabów grup niemieckich wojsk, które coraz częściej wchłaniały w siebie rosnące tłumy uchodźców. Ewakuacja odkładana do ostatniej chwili na terenach Pomorza, Warmii, Mazur i Śląska zamieniła się w masowy, paniczny i chaotyczny exodus. Żeby wzmocnić ducha oporu, propaganda Goebbelsa nagłośniła masakrę jakiej dokonała Armia Czerwona we wsi Nemmersdorf, pierwszej rdzennej niemieckiej wsi jaka została zdobyta. Zamiast wzmocnienia ducha oporu, uzyskano efekt grozy i panicznego strachu przed Rosjanami. Miliony Niemców ruszyły wraz z rodzinami, dobytkiem w nieprzewidywalnych kierunkach. W wielu wypadkach dochodziło do rodzinnych samobójstw, kiedy rodzice zabijali swoje dzieci a następnie siebie. W Prusach Wschodnich większość usiłowała dostać się do Piławy, skąd miała być prowadzona ewakuacja droga morską do Rzeszy. Na drogach prowadzących na północ uchodźców dziesiątkował mróz i bombardowania sowieckich bombowców (zupełnie jak w Polsce w roku 1939). Na samym Zalewie Wiślanym przez który po lodzie uciekającym usiłowali dotrzeć do zbawczych portów rozgrywały się sceny jeszcze dramatyczniejsze niz na lądzie. W wielu relacjach jest mowa o celowym bombardowaniu lodu przez sowietów aby potopić jak najwięcej ludzi; mowa jest o odcięciu tłumu uchodźców na środku zalewu przez niemieckie lodołamacze, które otrzymały rozkaz wyrąbania w kanału do Elbląga w celu ewakuacji resztek Krigsmarine. Dramaty tych którym udało się dostać na statki płynące do Rzeszy sa również znane, dość powiedzieć, że zatopienie przez sowieckie okręty podwodne tylko trzech statków ewakuacyjnych – „Wilhelm Gustloff”, „General von Steuben” i „Goya” spowodowało śmierć na pewno ponad 10.000 cywilów.

Tę drogę po równo dzielili także robotnicy przymusowi, jeńcy wojenni (budowali lotnisko w wyburzomnym centrum Wrocławia), więźniowie obozów koncentracyjnych, rdzenna ludnosc innego niż niemieckie pochodzenia. Wszystko i wszyscy którzy miei nieszczeście się znaleźć w granicach III Rzeszy w tym czasie byli wrogiem Armii Czerwonej.

Gauleiterzy Hanke, Koch i Forster nie byli skorzy do tak teatralnych gestów jak feldmarszałek Model, który zastrzelił się w dniu kapitulacji Zagłębia Ruhry. Trwali dzielnie na swoich posterunkach póki nie trzeba było uciekać. W tym samym czasie kiedy narastała fala uchodźców, głodnych, wymęczonych wieloletnia wojną i cierpieniami krasnoarmiejców tak oto zagrzewał do boju Ilia Erenburg:
„Mordujcie odważni czerwonoarmiejcy , mordujcie ! Nie ma w Niemcach nic co by było niewinne . Stosujcie się do wezwania towarzysza Stalina i rozdepczcie to faszystowskie zwierze w jego jaskini . Łamcie siłą wyniosłość germańskich kobiet , bierzcie je bez umiarkowania jako łup . Zabijajcie odważni czerwonogwardziści… zabijajcie !”
Gen. pik Rybałko, dowódca 3 armii pancernej gwardii we Froncie Koniewa, stracił córkę, która zaginęła w 1942 roku na Ukrainie. W jednym tylko pułku jego armii było 158 żołnierzy, którzy utracili bliskich krewnych, zabitych przez Niemców; 56, których rodziny wywieziono na roboty przymusowe, i prawie 450, którzy utracili swoje domy. Ci ludzie nader często nie rozróżniali Niemca od Kaszuba, szczególnie gdy chodziło o kobiety – nie odróżniali także Niemki od np. wieźniarki czy przymusowej robotnicy. Mawiało się, że pierwszy rzut zbiera zegarki, drugi gwałci, trzeci zbiera sprzety domowe i ubrania. Grabieże i mordy coraz częsciej obezwładniały całe jednostki Armii Czerwonej, dlatego też prawdopodobnie 27 stycznia Marszałek Iwan Koniew wydał podległym sobie dowódcom rozkaz karania smiercią z grabieże i gwałty. Czasem rozkaz wykonywano.

Antony Beevor na podstawie przeprowadzonych przez siebie badań podaje że w latach 1945-1948 przeprowadzono w Niemczech około 2 milionów aborcji.
Ten sam Beevor ilość gwałtów szacuje ostrożnie na 10 milionów. Ile nikt nie wie i nigdy sie nie dowie.
Wiele kobiet po zgwałceniu mordowano. Gwałcono wszystkie istoty żeńskie w wieku od 8 do 80 lat.
W 1939 roku ludność Prus Wschodnich liczyła około 3, 5 miliona ludzi,
latem 1945 – około 400 tysięcy.
Oblicza się że około 600 – 700 tys. zginęło jesienią 1944 oraz zimą i wiosną 1945.
Z Wrocławia w trakcie walk uciekło w opóźnionej ewakuacji 700.000 ludzi, około 100.000 z nich zginęło.
Gauleiterzy Hanke, Forster i Koch uciekli z bronionych Gau przed ich kapitulacją, tę bowiem zostawili wojskowym.
Hanke pochwycony w Czechach dostał się do alianckiej niewoli, zastrzelony został przez konwojenta w trakcie próby ucieczki.
Forster i Koch zostali wydani po wojnie przez zachodnich aliantów polskim sądom i zostali obaj skazani na karę śmierci.
Forstera stracono w więzieniu na Mokotowie w roku 1952.
Erich Koch otrzymał wyrok śmierci w roku 1959, który zamieniono mu na dożywocie. Zmarł w roku 1986 w więzieniu w Barczewie k. Olsztyna.
Ilia Erenburg zmarł w roku 1967 w Moskwie.

6.jpg
[fot. http://www.pomorze.gd.pl ]

Żyję i mieszkam na ziemiach odzyskanych.


  • RSS