radek-kirschbaum blog

Ziemio nie kryj niczyjej krwi, iżby lament nie ustawał

Wpisy z okresu: 1.2009

ŚWIADECTWO

3 komentarzy

Życie zawdzięczam pomyjom

Ama Adhi

Nazywam się Adhi Tape i mam pięćdziesiąt sześć lat. Urodziłam się w Njarongu. Dwadzieścia osiem lat spędziłam w więzieniu. Opowiem o tym, co przeżyłam, żebyście lepiej zrozumieli, jak straszliwe zbrodnie popełnia się w moim kraju.

Kiedy Chińczycy zaczęli niszczyć to, co my, Tybetańczycy, uważamy za najważniejsze, stawiliśmy opór. Pewnej nocy do mego domu przyszło sześciu chińskich policjantów. Zabrali mnie i szwagra, oskarżając nas o podżeganie do buntu we wschodnim Tybecie. Miałam wówczas dwadzieścia pięć lat i dwoje dzieci: trzyletniego synka i córeczkę, która nie ukończyła jeszcze roku. Kiedy próbowałam się z nimi pożegnać, synek złapał mnie za nogę i nie chciał puścić. Chińczycy bili go i kopali, wreszcie związali. Ciągnąc za włosy, wywlekli mnie z domu. Moment rozstania z dziećmi to najgorsza chwila mego życia. Do dziś słyszę ich płacz, do dziś śni mi się, że mnie wołają.
Przewieziono nas do więzienia. Kazano nam podać imiona osób, przygotowujących powstanie. Chińczycy powiedzieli, że zastrzelą nas, jeśli nie wydamy tych ludzi. Nie chcę mówić o torturach, które w więzieniu były na porządku dziennym. Powiem tylko, że ich ślady widać na moim ciele do dziś. Podobnie jak mąż mojej siostry, przysięgłam sobie, że nie wydam nikogo, za żadną cenę. Śledczy kazali nam uklęknąć na podłodze i patrzeć sobie w oczy. Powiesili nam na szyjach tabliczki, na których napisano coś po chińsku. Nie wiem, co – żadne z nas nie znało chińskiego. Jeden z przesłuchujących powiedział, że zastrzeli szwagra, jeżeli nie podamy imion ludzi, którzy z nami współpracowali. Kazali mi patrzeć, jak zabijają go strzałem w głowę.

Później dowiedziałam się, że mój synek zwariował i odebrał sobie życie, rzucając się do rzeki. I tak straciłam dwie najbliższe osoby. W więzieniu widziałam wielu mnichów i lamów, skutych ze sobą łańcuchami jak zwierzęta. Potem załadowano ich na ciężarówki i przewieziono do Dharcedo, do splądrowanego klasztoru, który zamieniono na więzienie. W więzieniu panowały straszliwe warunki. Do jedzenia dawano nam zupę z mąki zbożowej – prawie wodę; trzy kubki dziennie. Gdy po wypiciu tej zupy potarło się wnętrze kubka palcem, nie zostawał na nim żaden ślad. Miałam szczęście – przydzielono mi dobrą pracę. Wraz z trzema innymi kobietami miałam doglądać świń chińskich strażników. Mnisi musieli załatwiać naturalne potrzeby w swoich celach. Służyły im do tego małe naczynia, które mogli opróżniać dwa razy dziennie. Starałam się im pomóc, kradnąc resztki, którymi karmiłyśmy świnie, i ukrywając je w różnych miejscach, gdzie mogli je znaleźć. Dla nich pomyje były luksusem.

Po pewnym czasie wszyscy więźniowie byli tak osłabieni, że zataczali się przy każdym kroku jak pijani. Myśleliliśmy tylko o jednym: jak zdobyć coś do jedzenia? Niektórzy mieli halucynacje i krzyczeli przez sen: „Daj mi trochę campy! Daj mi choć kawałek chleba!”. Nawet śniliśmy tylko o jedzeniu… Mówiłam już, że do pracy w chlewie wybrano nas cztery – z trzystu więźniarek. Miałyśmy dzięki temu więcej pożywienia, ale przyszło nam za to drogo zapłacić… Każdą z nas wielokrotnie zgwałcili strażnicy. Myślę, że każda kobieta może sobie wyobrazić, co wtedy czułyśmy… Po pewnym czasie została z nas tylko skóra i kości. Codziennie umierało bądź „znikało” około piętnastu więźniów. Ciała zmarłych układano w stosy i przysypywano ziemią. Nad więzieniem unosił się jak chmura nieznośny odór gnijących trupów. Wkrótce potem część więźniów – w tym mnie – przeniesiono do kopalni ołowiu. Pędzono nas tam przez trzy dni. Po drodze musieliśmy przejść przez most. Gdy go zobaczyłam, zaczęłam się zastanawiać, czy nie lepiej będzie skończyć z tym wszystkim raz na zawsze. Chińczycy musieli podejrzewać, że wielu z nas ma podobne myśli, gdyż przed wejściem na most zatrzymali naszą kolumnę i skuli nas łańcuchami – po sześcioro. Pamiętam, że patrząc na wzburzoną wodę, walczyłam ze sobą przez dłuższą chwilę, ale w końcu doszłam do wniosku, że nie wolno mi pociągnąć za sobą pięciu osób. W kopalni pracowały tysiące Tybetańczyków. Wszyscy przypominali bardziej szkielety niż ludzi. Każdy, dosłownie każdy, podpierał się kijem, żeby utrzymać się na nogach. Wszyscy zataczali się i co krok potykali – wyglądało to jak taniec trupów. My, kobiety, byłyśmy w o tyle lepszej sytuacji, że pracowałyśmy w polu, gdzie jadłyśmy trawę i korzonki. Po pewnym czasie przekonaliśmy się, że niemal wszystko, co jedzą świnie, jest jadalne i dla ludzi. Niektórzy zjadali nawet larwy i karaluchy, ale ja nie potrafiłam się na to zdobyć. Przy wydawaniu posiłków więźniowie oczywiście tłoczyli się i przepychali – kubek zupy trzeba było wypić natychmiast, jednym haustem, żeby przypadkiem jej nie rozlać. O resztki, zostające czasem na dnie kotła, wybuchały bójki; prowokowanie ich należało do ulubionych rozrywek Chińczyków. Strażnicy wymyślili też zabawę w rzucanie na ziemię herbacianych fusów, na które rzucali się wycieńczeni więźniowie. Więźnia imieniem Thubten Dhargje złapano, gdy usiłował ugryźć łydkę trupa, rzuconego na jeden ze stosów. Chińczycy okrutnie go pobili i zaczęli przesłuchiwać. Więzień bronił się, mówiąc, że nic nie zjadł, gdyż na trupie została tylko skóra – poza tym, był tak słaby, że nie mógł jej przegryźć.

Okolice tej kopalni nazywa się dziś „Ziemią trupów”.

Po pewnym czasie byłam już tak osłabiona, że nie mogłam mówić. Starciłam przytomność. Kiedy się ocknęłam, leżałam na stosie trupów. Ludzie, którzy wywozili zwłoki, zauważyli, że żyję. Gdyby nie to, nie mogłabym dziś opowiedzieć swojej historii.

Ze stu kobiet, z którymi trafiłam do więzienia, przeżyły tylko cztery – opiekunki świń. Reszta zmarła z głodu.

Co musicie przeżywać wy, skoro ja, ślepy, nie mogę na to patrzeć?

Tusong, dwudziestodziewięcioletni niewidomy mnich, który 19 kwietnia 2008 roku odebrał sobie życie w klasztorze Amdo Kirti

Decyzją Komitetu Centralnego KPCh, MKOl i astrologów (za sprawą magii pomyślnych „ósemek”) rok 2008 i sierpniowe igrzyska w Pekinie miały być dla Chin trampoliną do klubu światowych potęg, wizerunkowe marzenia partyjnych dygnitarzy zniweczyła jednak eksplozja gniewu i frustracji Tybetańczyków, zmagających się od niemal dwóch dekad z nową, agresywną polityką chińskich władz.

Do pierwszych poważnych protestów doszło podczas lutowych obchodów buddyjskiego święta Monlam w okręgu Rebgong (chiń. Tongren) prowincji Qinghai, gdzie po spontanicznej kampanii palenia obszytych futrem ubrań władze mnożyły restrykcje i prowadziły intensywną „reedukację”. Błahy incydent wyzwolił tłumioną niechęć, przeradzając się w bijatykę między zgromadzonymi przed świątynią Tybetańczykami a policją i wmieszanymi w tłum tajniakami. Natychmiast ściągnięto wojskowe posiłki i zatrzymano 200 osób – dwie z nich, brutalnie pobite, zmarły, co doprowadziło do kolejnych starć. Kres niepokojom położyła dopiero interwencja opata lokalnego klasztoru.

Choć dzięki agresywnym środkom kontroli, prewencyjnym zatrzymaniom, kamerom przemysłowym i armii konfidentów władzom od ponad dziesięciu lat udawało się zapobiegać poważniejszym incydentom związanym z dwoma najważniejszymi datami współczesnego kalendarza tybetańskiego – rocznicami wybuchu powstania w 1959 roku i urodzin Dalajlamy – 10 marca z klasztoru Drepung ruszyło ku Lhasie około 300 mnichów, których natychmiast otoczyli funkcjonariusze LPZ i zepchnęli z powrotem do świątyni. W tym samym czasie przed Dżokhangiem protestowało kilkunastu duchownych klasztoru Sera i świeckich, błyskawicznie pobitych i zatrzymanych przez policję. Władze musiały przeczuwać nadciągającą burzę – strzępy informacji o podobnych incydentach napływały również z prowincji Qinghai i Gansu – bowiem największe stołeczne świątynie otoczono wojskowymi kordonami, nie zatrzymało to jednak mnichów z Sera, którzy następnego dnia ruszyli ku miastu, skandując niepodległościowe hasła i domagając się zwolnienia uwięzionych współbraci. Uzbrojeni policjanci rozproszyli pochód przy pomocy granatów z gazem łzawiącym, a władze – tradycyjnie oskarżające o wywołanie niepokojów „klikę dalaja” – nakazały komitetom dzielnicowym przeszukanie wszystkich mieszkań w tybetańskich kwartałach, zarządzając obławę na duchownych bez stołecznego hukou. Dwa kolejne dni należały do mnichów trzeciej z „wielkich siedzib”, Gandenu, oraz lhaskich mniszek, których marsze rozbito w podobny sposób. Niepokój w mieście potęgowały pogłoski, że uwięzieni w odciętych od świata (w tym wody i elektryczności) klasztorach na znak protestu przebijają się nożami i podpalają.

Rankiem 14 marca mnisi z położonego w centrum Lhasy sanktuarium Ramocze przewrócili policyjny samochód, który blokował ich bramę. Tym razem, jak pod koniec lat osiemdziesiątych, w obronie duchownych stanęli świeccy, obrzucając kamieniami i zmuszając do ucieczki interweniujących funkcjonariuszy. Podobnie jak wówczas – rozmyślnie lub nie (najwyżsi przywódcy TRA, do których należy podejmowanie kluczowych decyzji, byli w tym czasie w Pekinie na dorocznym posiedzeniu Ogólnochińskiego Zgromadzenia Przedstawicieli Ludowych) – błyskawicznie rosnący tłum sprowokowały same władze, wycofując siły policyjne i pozostawiając ulice tybetańskich kwartałów demonstrantom, którzy ruszyli nimi, niszcząc wszystkie symbole i ślady chińskiej obecności na Dachu Świata – flagi, biura, sklepy, hale targowe, restauracje, samochody, skutery – obrzucając kamieniami chińskich przechodniów i polując na wszechobecnych tajniaków. Tybetańscy sklepikarze ratowali swój dobytek, zawiązując na drzwiach khataki, tradycyjne białe szarfy. Wedle rządowych mediów w podpalanych budynkach zginęło dziesięć osób. Po południu władze ogłosiły całodobową godzinę policyjną, a wieczorem wyprowadziły na ulice wozy pancerne, paramilitarną wujing oraz wojsko – w tym elitarne oddziały AL-W, stacjonujące na co dzień w odległym o ponad 1250 kilometrów Chengdu, stolicy Sichuanu. Żołnierze tłumili zamieszki, używając ostrej amunicji i zabijając, według różnych źródeł, od kilkudziesięciu do stu osób. Dane te trudno zweryfikować, ponieważ z Lhasy i innych protestujących regionów Tybetu zaczęto natychmiast usuwać wszystkich cudzoziemców, a masowym rewizjom – oraz polowaniu na podejrzanych, byłych więźniów politycznych i nieposiadających lhaskiego meldunku – towarzyszyło nieodmiennie konfiskowanie telefonów komórkowych. Tego dnia do wielotysięcznych demonstracji i starć z policją doszło również między innymi w Labrangu (chiń. Xiahe), w prowincji Gansu oraz w Kardze, w Sichuanie – czyli we wszystkich trzech tradycyjnych prowincjach Tybetu, co nie zdarzyło się nawet w czasie powstania w latach pięćdziesiątych. Wszędzie powiewano zakazanymi flagami, wznoszono niepodległościowe hasła (choć bywało, że demonstranci, jak gdyby chcieli podkreślić wierność obowiązującym przepisom, mówili tylko o autonomii) i żądano powrotu Dalajlamy, który wezwał Chińczyków i swoich rodaków do niestosowania przemocy oraz zwrócił się o mediację wyjątkowo oszczędnej w swych apelach o „powściągliwość” i dialog społeczności międzynarodowej.

Wojsko przywróciło spokój w stolicy – ale nie na jej długo jeszcze wstrząsanych protestami rubieżach – 15 marca, a policja wróciła do skompromitowanej przed dwudziestu laty strategii „obrotowych drzwi”, dokonując setek przypadkowych zatrzymań połączonych z okrutnym biciem i torturami. Ponieważ zabrakło miejsc w instytucjach izolacyjnych, Tybetańczyków przetrzymywano w halach i magazynach. Ogłoszono też dwudniowe ultimatum dla uczestników rozruchów, nakazując im oddać się w ręce służb bezpieczeństwa. Blokada informacyjna była już tak szczelna, że doniesienia o kolejnych protestach – na przykład w Kanlho (chiń. Gannan), w Gansu, w Dału (chiń. Daofu), w Sichuanie oraz, krwawo stłumionym, w Labrangu – przekazywała niemal wyłącznie Oser (chiń. Weise), mieszkająca w Pekinie najsłynniejsza poetka Tybetu.

Następnego dnia, wracając do języka rewolucji kulturalnej, Pekin ogłosił „wojnę ludową z wpływami kliki dalaja”, a przez Amdo i Kham przetoczyła się fala masowych demonstracji: najwięcej ofiar, od kilkunastu do 30, było w okręgu Ngaba (chiń. Aba) prowincji Sichuan.

Doniesienia o blisko stu pięćdziesięciu bliźniaczo podobnych protestach – marszach duchownych i świeckich z zakazanymi flagami i portretami Dalajlamy, obrzucaniu kamieniami budynków rządowych, zrywaniu chińskich sztandarów, strzelaniu na oślep do demonstrantów, brutalnym biciu, drastycznych środkach prewencyjnych, listach gończych, masowych zatrzymaniach, setkach „zaginionych”, torturach, samobójstwach, głodzie w otoczonych kordonami świątyniach czy dzielnicach, odbieraniu krewnym zwłok zabitych, czystkach urzędników tybetańskich, odwetowych kampaniach reedukacyjnych oraz dyskryminacji i nękaniu przez Hanów – napływały z całego etnicznego Tybetu (a nawet szkół w Chinach właściwych, gdzie demonstrowali tybetańscy uczniowie) nieprzerwanie, dzień po dniu, do połowy kwietnia. Ostatnie, najbardziej rozpaczliwe manifestacje, były już tylko jednoosobowe, niemniej strzelano i do samotnych mniszek w Kardze. Władze chińskie nie tylko nie wyciągnęły jedynego racjonalnego wniosku – konieczności uznania apeli Dalajlamy o faktyczną autonomię i zuniformizowaną administrację dla wszystkich ziem tybetańskich tudzież rewizji polityki „chwytania oburącz”, której owoce właśnie zbierały – lecz wciąż nakręcały spiralę represji: w najbardziej niespokojnych regionach liczba żołnierzy i funkcjonariuszy policji zrównała się niemal z wielkością populacji tybetańskiej. Co więcej, machina propagandowa, posługując się zdjęciami z „incydentu 14 marca”, fabrykując absurdalne doniesienia o konfiskowaniu broni (czytaj: przedmiotów rytualnych lub wotów skruszonych kłusowników) w klasztorach buddyjskich czy celebrując oburzenie protestami na trasie konwojowanego przez świat niczym groźny bandyta znicza olimpijskiego, konsekwentnie podsycała antytybetańskie nastroje Hanów i ksenofobię fenqing, „młodych gniewnych” nacjonalistów, nawołujących do krwawej rozprawy z „niewdzięcznymi barbarzyńcami”. Z drugiej strony, szowinistyczna nagonka skłoniła bardzo wielu chińskich dysydentów i intelektualistów do zabrania głosu w obronie Tybetańczyków oraz umiarkowanych postulatów ich przywódcy (kilkudziesięciu adwokatom, którzy zadeklarowali gotowość reprezentowania oskarżonych, grożono utratą odnawianych co rok licencji).

Według podających sprzeczne dane chińskich mediów zatrzymano ponad sześć tysięcy Tybetańczyków (przy około 130 znanych więźniach politycznych w 2007 roku). Władze oficjalnie przyznały się do tylko jednej tybetańskiej ofiary (diaspora informowała o ponad dwustu): zastrzelonego pod koniec kwietnia „powstańca”, który miał wcześniej zabić oficera policji w Darlagu (chiń. Dari), w Gologu (chiń. Guoluo). Setki mnichów lhaskich klasztorów potajemnie wywieziono do ośrodków internowania w Qinghai. Do końca igrzysk olimpijskich Tybet pozostał gigantycznym więzieniem, które można było opuścić jedynie na podstawie spec-przepustki (bez żadnej zresztą gwarancji znalezienia miejsca w hotelu w Chinach właściwych, gdzie formalnie zakazano meldowania Tybetańczyków i Ujgurów). Sieć legitymujących co krok blokad, posterunków i patroli zaciśnięto tak ciasno, że po marcu z kraju udało się wydostać ledwie garstce uchodźców. Nad wieloma wschodnimi regionami unosiło się widmo głodu, gdyż w porze zasiewów pola leżały odłogiem, ponieważ większość chłopów uciekła przed prześladowaniami w góry lub do lasów.

Pierwsze wyroki za udział w lhaskich protestach zapadły już pod koniec kwietnia: 17 Tybetańczyków skazano wtedy na kary od trzech lat do dożywotniego więzienia. Wszystko wskazuje na to, że jak zawsze w takich okolicznościach, oskarżonym odmówiono prawa do uczciwego procesu i skutecznej obrony. Tradycyjnie też władze chińskie bardzo powściągliwie informowały o jakichkolwiek szczegółach, takich jak choćby dane skazanych – jeden z nielicznych wyjątków, najprawdopodobniej w celu zastraszenia potencjalnych naśladowców, zrobiono w listopadzie dla Łangdu (dożywocie) i sześciu innych pracowników organizacji pozarządowych, których ukarano wyłącznie za „przekazywanie informacji”, między innymi „klice dalaja”.

W najbardziej dramatycznym roku ostatnich trzech dekad – w którym „wolny świat” miał dla Tybetańczyków wyłącznie zwyczajowe, symboliczne apele, czyli puste gesty, prawdopodobnie upewniające tylko przywódców w Pekinie o słuszności i opłacalności polityki twardej ręki – wysłannicy Dalajlamy spotykali się z przedstawicielami władz chińskich trzykrotnie. W maju, w trybie nadzwyczajnym, mówiono o kryzysie (bez żadnych wymiernych rezultatów), umawiając się jednak na kontynuowanie formalnych kontaktów. W lipcu, podczas siódmej rundy rozmów, Tybetańczycy oświadczyli, że „bez poważnego i szczerego oddania drugiej strony kontynuowanie procesu dialogu niczemu nie służy”, ale też zostali poproszeni o przedstawienie na piśmie swoich postulatów, co uczynili w listopadzie. Władze chińskie kategorycznie odrzuciły ich „Memorandum w sprawie autonomii narodu tybetańskiego” – składające się wyłącznie z odwołań do postanowień konstytucji ChRL i odpowiednich ustaw – jako próbę uzyskania „niepodległości” czy „półniepodległości”. Zapowiadający pełne wycofanie się z życia politycznego Dalajlama, który uznał dialog za martwy, w trybie konstytucyjnym zwołał Nadzwyczajne Zgromadzenie elit diaspory, oddając głos najwyższemu suwerenowi. Delegaci, którym przekazano także tysiące opinii z samego Tybetu, opowiedzieli się w listopadzie za kontynuacją polityki Drogi Środka i niezmiennym przewodnictwem Dalajlamy.

Przyszłość nie wróży jednak dobrze: przed rokiem newralgicznych, okrągłych rocznic – choćby proklamowania ChRL, narodowego powstania i stanu wojennego w Tybecie, masakry w Pekinie czy Nobla Dalajlamy – władze chińskie trwają przy polityce twardej ręki, czy raczej „obu rąk”, odpowiedzialnych obok ścisłej kontroli policyjnej za napędzany rządowymi subwencjami szybki rozwój gospodarczy, i zapowiadają budowę nowych linii kolejowych oraz kontynuację urbanizacji (według oficjalnych danych w 2008 roku do „murowanych domów” przesiedlono kolejne 312 tysięcy chłopów i koczowników z TRA), co jak do tej pory pogłębiało tylko – stojące za tegorocznymi protestami – marginalizację i rozgoryczenie rdzennej ludności Tybetu.


 

Polska

W lutym w Sejmie VI kadencji zarejestrowano kolejny Zespół do spraw Tybetu, na czele którego stanęła ponownie posłanka Beata Bublewicz.

W czasie wiosennego kryzysu, podobnie jak w innych państwach demokratycznych, apele o przywrócenie spokoju w Tybecie i protesty przeciwko brutalnym represjom władz chińskich wystosowali między innymi członkowie Zespołu, prezydent RP i MSZ, a marszałek senatu Bogdan Borusewicz na znak solidarności zaprosił do Polski Dalajlamę. Do trzeciej wizyty owacyjnie witanego przywódcy Tybetańczyków doszło w grudniu: w czasie obchodów rocznicy przyznania Lechowi Wałęsie Pokojowej Nagrody Nobla Jego Świątobliwość spotkał się z premierem Donaldem Tuskiem i prezydentem Nicolasem Sarkozym, w Krakowie odebrał doktorat honoris causa Uniwersytetu Jagiellońskiego, a we Wrocławiu honorowe obywatelstwo miasta. W Warszawie przyjęli go marszałkowie obu izb, władze stolicy oraz – co podkreślano, prywatnie – prezydent Lech Kaczyński.

Wszystkie te gesty były wymowne i potrzebne, niemniej nie szły za nimi żadne działania na płaszczyźnie wykonawczej, które mogłyby skłonić przywódców ChRL do zmiany polityki w Tybecie. Gorzej, na przykład premier, który nie wziął udziału w ceremonii otwarcia pekińskich igrzysk, przekreślił ten gest w czasie późniejszej wizyty w Chinach, wygłaszając tam zdumiewającą pochwałę podwójnych standardów praw człowieka.

Unia Europejska, wyprzedzając USA, jest największym partnerem ChRL. W sytuacji, w której poszczególne państwa europejskie nie potrafią lub nie chcą zdobyć się na prowadzenie dalekowzrocznej, konstruktywnej polityki wobec Chin, która wzmacniałaby obóz reformatorski, a nie partyjnych twardogłowych, najlepszym rozwiązaniem byłoby powołanie, wzorem administracji Stanów Zjednoczonych, Specjalnego Koordynatora do spraw Tybetu przy Radzie Europejskiej. O tym, jak nieskuteczna i nieopłacalna jest polityka ugłaskiwania przywódców KPCh, najlepiej świadczy przykład prezydenta Francji, który zapłacił – bezprecedensowym – zerwaniem szczytu UE-Chiny za roczne kluczenie w sprawie obecności na igrzyskach oraz próby przypodobania się to własnej opinii publicznej, to znów Pekinowi.
źródło:

http://www.hfhrpol.waw.pl/Tybet/raport.php?raport_id=824


  • RSS