radek-kirschbaum blog

Ziemio nie kryj niczyjej krwi, iżby lament nie ustawał

Wpisy z okresu: 10.2006

WYSOKO W HIMALAJACH

2 komentarzy

Nangpa-la jest głównym szlakiem (średnio niemal trzech tysięcy rocznie) uchodźców z Tybetu. W ostatnich latach funkcjonariusze paramilitarnej Ludowej Policji Zbrojnej, która odpowiada za kontrolę granic, i żołnierze Armii Ludowo-Wyzwoleńczej ścigali uciekinierów z Tybetu nawet po nepalskiej stronie granicy. W 2003 roku Chiny doprowadziły szosę do oddalonego o sześć kilometrów od przełęczy Gjaplungu i utworzyły tam stały posterunek. Wtedy też ambasador ChRL w Katmandu oświadczył, że jego rząd „zrobi wszystko”, by powstrzymać uciekinierów z Tybetu.
30 września tego roku Jeden ze wspinaczy, atakujących ośmiotysięcznik oddalony o jakieś dwadzieścia kilometrów od granicy z Nepalem, napisał: „Zobaczyłem sznur Tybetańczyków podchodzących do przełęczy – normalny widok. A potem, bez żadnego ostrzeżenia, padły strzały. Kanonada. Ludzie zaczęli biec w górę. Patrzyliśmy, jak ostrzeliwany ludzki wąż brnie przez śnieg i jak padają na ziemię dwa cienie. Sprawdziliśmy przez lornetkę – dwie osoby leżały i nie dawały znaku życia”.
Grupa uciekinierów – w wieku od dziesięciu do trzydziestu kilku lat, w większości z Khamu – liczyła ponad siedemdziesiąt osób. Czterdzieści trzy przeżyły strzelaninę i zdołały przekroczyć granicę Nepalu; w tej chwili wędrują do ośrodka tranzytowego w Katmandu. Lokalne źródła informują, iż uchodźcy obawiają się, że ofiar było więcej. Nie wiadomo, co stało się z ponad trzydziestoma uciekinierami. Mogli zostać schwytani przez chińskie służby bezpieczeństwa, ponieważ tego samego dnia na pobliskiej drodze widziano wojskowe samochody i ambulanse. Inne źródło utrzymuje, że uchodźcy zostawili na przełęczy podziurawione kulami ciało mniszki, ponieważ bali się, że zostaną aresztowani.

„W bazie mogło być nawet sześćdziesięciu wspinaczy – powiedział ICT brytyjski przewodnik. – Widzieli, jak chińscy żołnierze klękają, celują i raz po raz strzelają do zupełnie bezbronnych ludzi. Nie mieliśmy pojęcia do kogo, ale widzieliśmy, że to ludzie. Kilka godzin później na przełęczy pojawiła się karawana jaków z Nepalu i wtedy nie padły żadne strzały. Najwyraźniej nie strzelają na ślepo. Przeżyliśmy szok”.

Choć wyraźnie widać, że strzelano w plecy bezbronnym ludziom, kilka dni po opublikowaniu relacji himalaistów rządowa agencja Xinhua poinformowała, że żołnierze „otworzyli ogień w obronie własnej”. Nikt też – mimo oczywistych dowodów – miał nie zginąć od kul. Dwoje „rannych” Tybetańczyków umarło jakoby „w szpitalu” na skutek „choroby wysokościowej”.
Uciekinierzy z Tybetu byli wcześniej ostrzeliwani po obu stronach granicy, lecz ten wypadek należy do najpoważniejszych w ostatnich latach. Strzelali prawdopodobnie funkcjonariusze Ludowej Policji Zbrojnej, paramilitarnej formacji wyodrębnionej z Armii Ludowo-Wyzwoleńczej na początku lat osiemdziesiątych. LPZ odpowiada za bezpieczeństwo wewnętrzne, kontrolę granic i ochronę rozmaitych instytucji, w tym więzień. Jej funkcjonariusze patrolują górskie przełęcze, przez które Tybetańczycy – od dwóch do trzech tysięcy osób rocznie – próbują przedostać się do Nepalu, by dotrzeć do Indii, żeby znaleźć tam schronienie przed prześladowaniami lub po prostu zobaczyć Dalajlamę. Trzecią część uciekinierów stanowią dzieci, wysyłane do szkół prowadzonych przez tybetańską diasporę. Wśród uchodźców jest wielu mnichów i mniszek, pragnących zdobyć wykształcenie monastyczne, którego uzyskanie uniemożliwiają restrykcje nakładane na klasztory w Tybecie.

W ostatnich latach położenie tybetańskich uchodźców uległo pogorszeniu z uwagi na rosnące wpływy Pekinu w Katmandu. W 2005 roku nepalski rząd kazał zamknąć biuro przedstawiciela Dalajlamy i ośrodek udzielający pomocy uciekinierom z Tybetu. Niepewna sytuacja polityczna sprawia, że uchodźcy nie mogą być pewni przysługującego im prawa do ochrony. Tybetańczycy nie są bezpieczni po obu stronach granicy. W Nepalu coraz częściej grozi im refoulment, czyli bezprawne wydalenie do kraju, w którym mogą być prześladowani. Pod koniec zeszłego roku mnożyły się przypadki zatrzymywania i więzienia Tybetańczyków, usiłujących przedostać się do Katmandu. W 2000 roku w drodze do szpitala zmarł postrzelony przez nepalską policję mnich, któremu udało się przedostać do tego kraju.

„Trzeba zagwarantować bezpieczeństwo Tybetańczykom, którym udało się przeżyć strzelaninę i dotrzeć do Nepalu - apeluje Mary Beth Markey z ICT. – Czekamy na zapewnienie biura Wysokiego Komisarza ONZ ds. Uchodźców, że otoczy ich skuteczną ochroną, tym bardziej że Chinom wydawano już ludzi, którzy zwrócili się o pomoc tej instytucji”.
Wedle prawa międzynarodowego straż graniczna może używać broni palnej tylko w ostateczności i w sytuacji bezpośredniego zagrożenia życia. Z relacji naocznych świadków wynika, że w tym przypadku chińscy funkcjonariusze otworzyli ogień bez powodu i bezprawnie. ICT wzywa Stany Zjednoczone i inne rządy do wystosowania oficjalnych protestów oraz potępienia Chin za rażące naruszenie praw człowieka i zabicie co najmniej jednego człowieka.

Po kliknięciu na ten link, możesz zobaczyc na własne oczy jak Chińska Armia okazuje męstwo.

(na podstawie materiałów z serwisu http://www.hfhrpol.waw.pl/Tybet/)

Oto jedna z relacji stanowiących fragment artykułu pt. „Wpędzić, rozproszyć” opublikowanego w 49 nr KARTY:

Antoni Dubiec (z Horostyty)*:

Po zakwaterowaniu rodziny w kolonii Lelkowo, ojciec pojechał do naszej rodzinnej wsi Horostyta, chcąc ratować zostawiony majątek. Był rok 1947. Po jakimś czasie otrzymaliśmy wiadomość, że został aresztowany przez funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa we Włodawie. Słuch po nim zaginął. [….]
Naszą niepewność przerwał powrót z JAWORZNA znajomego z sąsiedniej wsi. Opowiadał, co tam przeżył. Głód, chłód, znęcanie się nad bezbronnymi, katowanie niewinnych. Opowiadał nam o Ojcu – został pobity przez strażników. Miał połamane żebra, krwotok z ust. Był grudzień 1947, mroźna zima. Mama naprędce przygotowała paczkę. Wysłałem ją z miejscowej poczty. Wróciła po pewnym czasie, z pokruszonymi bułkami. Odebrałem ją.

Łzy znaczyły moją drogę ze szkoły do domu. Zamarzały na styczniowym mrozie. Zrozumiałem, że ojca już nie ma. Na potwierdzenie nie trzeba było długo czekać. Niebawem z JAWORZNA przyszło zawiadomienie :

„Szymon Dubiec zmarł 4 stycznia 1948”.

Przysłano też rzeczy osobiste ojca. Niewiele: stary, dziurawy kożuch, i mały kalendarzyk – prezent ode mnie. Na jednej ze stron przeczytałem jego własnoręczny wypis:

„Synu, bądź w życiu sprawiedliwym człowiekiem”.

[49 numer Karty]

* Horostyta – wieś w położona w województwie lubelskim, w powiecie włodawskim. W miejscowości tej pozostała cerkiew prawosławna z 1875 r. jest to dawna cerkiew parafialna greko-katolicka z XVII wieku. W latach powojennych Wieś była uważana za przyjazną dla OUN, została objęta „Akcją Wisła”.

Horost1.jpg

[foto: www.okuninka.pl]

Cerkiew w miejscowości Horostyta.

Dariusz Pado


  • RSS