radek-kirschbaum blog

Ziemio nie kryj niczyjej krwi, iżby lament nie ustawał

Wpisy z okresu: 12.2005

W połowie grudnia 1942 roku okrążona w rejonie Stalingradu od dwóch tygodni niemiecka 6 Armia pod dowództwem gen. von Paulusa nie miała już szansy wydostać się samodzielnie z okrążenia. Von Paulus nigdy nie podjął samodzielnej decyzji o wycofaniu się ze Stalingradu natomiast w planach Hitlera opuszczenie Stalingradu w ogóle nie istniało. Rozpoczęta 12 grudnia operacja „Wintergewitter” o czym nie wiedzieli ani dowodzący ani żołnierze 4 Armii Pancernej – miała doprowadzić do utworzenia „korytarza zaopatrzeniowego” dla 6 Armii tak aby mogła ku chwale fhurera walczyć dalej. Wycofanie dziesiątków tysięcy ludzi nie mieściło się w głowach berlińskich sztabowców. W grudniu 6 Armii zaczęto dostarczać droga lotniczą zaopatrzenie. W ramach tego stare numery „Volkischer Beobachter” oraz ulotki o tym jak chronić się przed mrozem:
„[...]Początek ogólnego odmrożenia przejawia się uczuciem ociężałości członków. Chód staje się niepewny, pojawia się groźba utraty świadomości. Skóra staje się blada, tętno i oddech ulegają zwolnieniu. Wzmaga się senność. Pomoc (wzajemna obserwacja!) musi zostać udzielona natychmiast. Na zapobieżenie ciężkiemu uszczerbkowi, a nawet śmierci, pozostają niejednokrotnie minuty.”
Dzienna racja w 6 Armii wynosiła w połowie grudnia: 100 g chleba, 120 g mięsa lub 200 g koniny z zabitych armijnych koni, 50 g sera, 30g tłuszczu, 3 papierosy.
24 grudnia w kotle stlaingradzkim żywych pozostawało około 240 tys. niemieckich żołnierzy, ale według relacji i ustaleń historyków zdolnych do boju pozostawało nie więcej niż 40 tys. z nich. Reszta była niezdolna do walki z powodu wycieńczenia głodem, odmrożeń, ran i chorób. Tego dnia, 24 grudnia ostatecznie zostaje zatrzymana operacja „Wintergewitter”; 6 dywizji pancernej, która przedarła się najbliżej Stalingradu zostało około 33 –35 kilometrów do granic kotła. W Stalingradzie słyszano już odgłosy artylerii towarzyszącej nadchodzącej od południa odsieczy. Zgrupowanie 4 Armii Pancernej wycofało się ze stratami około 15-16 tys. zabitych. Tego samego dnia 24 grudnia sowieckie czołgi zajęły ważne lotnisko Tacynska (124 samoloty startowały w ostatniej chwili pod ogniem czołgów) i bazę zaopatrzeniową w pobliżu, z której zasobów zaopatrywany był most powietrzny do Stalingradu. Na wzgórzach okalających kocioł stalingradzki sowieci rozstawili w dzień katolickiej Wigilii Bożego Narodzenia w widocznych miejscach choinki i puszczali niemieckie kolędy. Te same kolędy puszczało w propagandowych gadzinówkach Radio Berlin wzywające w światęczny wieczór najdalszej posterunki III Rzeszy. Lekarz niemieckiej 16 Dywizji Pancernej w tę cichą noc maluje na jedynym większym kawałku papieru jakim dysponował „Madonnę z Festung Stalingrad”, schron w którym mieszkał zamienił się w żołnierską kaplicę.
26 grudnia w drugi dzień świąt racja żywnościowa zostanie obniżona do 50g chleba na osobę. Potem racje ograniczy się tylko do noszących broń.
24.12 1943 około 240 tysięcy żołnierzy pozostających w kotle było żywych. Po wojnie żywych wróciło 6 tysięcy.

madonnal.JPG

Kyrie Elejson.

W okresie II Rzeczpospolitej w Markowej, wsi koło Łańcuta, liczącej 4500 mieszkańców, mieszkało dwadzieścia kilka żydowskich rodzin. Wieś ta była typową galicyjską wsią w której większość mieszkańców stanowiła katolicka ludność polska. Utrzymywano stałe, bliskie kontakty z żydowską mniejszością żyjącą w bliskim sąsiedztwie jaki i z grupą zajmującą się handlem, żyjącą w miastach. Obie społeczności żyły we wzajemnej symbiozie i tolerancji.
W 1941 roku starosta jarosławski zakazał Żydom opuszczania miejscowości, w których zamieszkują. W okolicznych miastach utworzono getta. Wielu żydów, uciekając z miast szukało schronienia po wsiach, polach, lasach. W lipcu 1942 roku niemieccy żandarmi rozpoczęli trwające przez lato i jesień akcję nazywaną „polowanie na Żydów”. Część Żydów zdołała je przeczekać w polach poza miastami. Większość tych, którzy uciekli, chodziła po chłopskich domach i starając się zdobyć pewniejsze miejsce schronienia, prosili o przechowanie. Chłopi bali się jednak konsekwencji i przeważnie zgadzali się tylko na kilkudniowy pobyt.

11.jpg
[dom Ulmów - ze zbiorów IPN]

Inaczej było w gospodarstwie Państwa Ulmów we wsi Markowej, na skraju wsi, z dala od innych zagród.
Właściciel – Józef Ulma był wzorowym gospodarzem, nowatorem, ale jego największą pasją było fotografowanie. Sam skonstruował aparat fotograficzny i utrwalał na kliszy życie wioski. Ulma ożenił się z Wiktorią Niemczak w 1936 roku. Byli szczęśliwym małżeństwem. Mieli sześcioro dzieci, w 1944 roku oczekiwali siódmego.

12.jpg
[Dzieci Ulmów, od lewej Franuś, Stasia, Basia, Władziu - ze zbiorów IPN]

Nieznane są szczegóły pojawienia się w ich domu Żydów: pięciu mężczyzn z Łańcuta o nazwisku Szall oraz bliskich sąsiadów domu, z którego pochodził Józef: Gieni z siostrą Gołdą Goldman oraz małą córką jednej z nich. Józef znany był z życzliwości do Żydów. Mimo znacznego oddalenia od innych zabudowań, faktu ukrywania Żydów nie udało się zachować w tajemnicy. Jedna z rodzin ukrywających się u Ulmów – Szallowie – mieszkała przed wojną w Łańcucie. Zdając sobie sprawę ze zbliżającego się „ostatecznego rozwiązania”, rozpoczęli poszukiwania schronienia. Obiecał im je Ukrainiec Aleksander Leś, posterunkowy w Łańcucie. W zamian za pomoc mieli mu oddać dom i pole. Gdy to uczynili – wyrzucił ich z ukrycia. Udali się wtedy do znajomych gospodarzy Ulmów z Markowej i ukryli się u nich.
Gdy zbliżał się koniec niemieckiego panowania, Leś zdał sobie sprawę, iż może stracić zagrabiony majątek. Prawdopodobnie, gdy dowiedział się, że Szallowie są u Ulmy, przyjechał do Markowej i pod pozorem zrobienia zdjęcia udał się do jego domu, aby sprawdzić, czy rzeczywiście tam się ukrywają. Jego przypuszczenia się potwierdziły.
Łańcucka żandarmeria rozpoczęła przygotowania do zbrodni 23 marca 1944 roku. Nakazała stawienie się wieczorem przed jej budynkiem czterech furmanek z woźnicami. Wyjechało z nimi co najmniej czterech żandarmów oraz od czterech do sześciu funkcjonariuszy policji granatowej. Dowódcą grupy był szef posterunku w Łańcucie porucznik Dieken. Przed świtem furmanki dotarły do zabudowań Ulmy.
Fragment z aktu oskarżenia przeciw Józefowi Kokotowi – funkcjonariuszowi granatowej policji, z 3 czerwca 1958 r. w Sądzie Wojewódzkim w Rzeszowie :
„[...] Około godz. 1 po północy Edward Nawojski wraz z trzema innymi furmanami, żandarmerią i policją granatową pojechali w kierunku Soniny. Wśród żandarmów był wtedy Kokot i Dziewulski [żandarmi z posterunku w Łańcucie - przyp. aut.]. Przed wjazdem do Markowej, na uboczu w odległości około 400 metrów od drogi stały zabudowania gospodarcze, przed którymi żandarmi zatrzymali furmanki i udali się w ich kierunku wraz z policją [...]. Po kilku minutach w obrębie zabudowań padło kilka strzałów. W tym czasie jeden z żandarmów podszedł do furmanów, polecił im jechać do ogrodu w obrębie wspomnianych zabudowań , następnie przeprowadził ich na podwórze, gdzie kazał się przyglądać temu, co się będzie działo. Po wejściu na podwórze Nawojski spostrzegł zwłoki zastrzelonego mężczyzny. Po chwili zza domu wyprowadzono kolejno kilka osób narodowości żydowskiej – w tym dwie lub trzy Żydówki i zastrzelono je. W rozstrzeliwaniu tych Żydów brał udział również Kokot, który osobiście zastrzelił jednego z nich. Następnie żandarmi wyprowadzili z mieszkania małżeństwo narodowości polskiej i również zastrzelili je na podwórzu. Po zastrzeleniu owego małżeństwa żandarmi odbyli krótką naradę co zrobić z dziećmi owego małżeństwa. W rezultacie tej narady szef żandarmerii dał rozkaz zastrzelenia dzieci. Wówczas Kokot osobiście wyprowadził z mieszkania dwoje dzieci, pchnął je na ziemię i zastrzelił. Później na miejsce egzekucji przyszli miejscowi chłopi, którzy pochowali zwłoki rozstrzelanych. Przed tym wynieśli oni kilka trupów ze strychu. Po egzekucji żandarmi zabrali ze strychu skóry i lepsze rzeczy po Żydach [...].”

15.jpg
[Wiktoria i Józef Ulmowie - ze zbiorów IPN]

Jak wynika z zeznań świadka Antoniego Ulmy w omawianej zagrodzie rozstrzelano rodzinę jego brata Józefa, składającą się z ośmiu osób, żony Józefa oraz dzieci: Stanisławę, Barbarę, Władysława, Franciszka, Antoniego i Marię. Poza tym została zastrzelona wówczas rodzina Goldmanów i Szallów.
Śmierć poniosło szesnaście osób.
Na krótko przed wkroczeniem armii sowieckiej podziemie wykonało wyrok na policjancie Lesiu. Szef ekspedycji, porucznik Dieken, uniknął sprawiedliwości. Zmarł krótko przed procesem. Trudno określić, co stało się z żandarmami i granatowymi policjantami. Tylko jeden uczestnik ekspedycji został skazany na karę śmierci, zamienioną potem na dożywocie.
Józef Kokot, ur. 17.10.1921 r. w Koblowie w Czechach. W czasie II wojny światowej był żandarmem w Łańcucie, popełnił wówczas wiele zbrodni. Był jednym z morderców Ulmów i ukrywanych przez nich Żydów. W 1958 r. wyrokiem Wojskowego Sądu Rejonowego w Rzeszowie został skazany na karę śmierci. Rada Państwa skorzystała z prawa łaski zamieniając tę karę na dożywotnie więzienie.
O męczeńskiej śmierci Ulmów pamiętają mieszkańcy Rzeszowszczyzny, wyrazem tej pamięci jest pomnik odsłonięty w Markowej 24 marca 2004 r.
Ratując życie innych, złożyli w ofierze własne. Józef Ulma, jego żona Wiktoria oraz ich dzieci: Stasia, Basia, Władziu, Franuś, Antoś, Marysia, Nienarodzone, ukrywając ośmiu starszych braci w wierze, Żydów z rodzin Szallów i Goldmanów, zginęli wraz z nimi w Markowej 24 III 1944 r. z rąk niemieckiej żandarmerii. Niech ich ofiara będzie wezwaniem do szacunku i okazywania miłości każdemu człowiekowi! Byli synami i córkami tej ziemi. Pozostają w naszym sercu. Społeczność Markowej 24 III 2004 r.”.
Obecnie w diecezji przemyskiej toczy się proces beatyfikacyjny rodziny Ulmów.

Nota przygotowana przez Darka Pado
Źródła:IPN oraz Dziennik Polski.

  • RSS