radek-kirschbaum blog

Ziemio nie kryj niczyjej krwi, iżby lament nie ustawał

Wpisy z okresu: 6.2005

Powstanie Warszawskie wybuchło 1 sierpnia 1944 o godzinie 17:00 a nie jak pierwotnie planowano o 23:00, w nocy. Rozkaz wydała Komenda Główna Armii Krajowej – zbrojne ramię legalnego rządu R.P., który to rząd dysponował także legalnymi siłami zbrojnymi na Zachodnim i Południowym teatrze działań wojennych. Do walki wystąpiło około 21 tysięcy słabo uzbrojonych insurgentów w większości haniebnie młodych absolwentów podziemnych podchorążówek. Za wyjątkiem oddziałów „Kedywu” nie mieli jednolitego umundurowania, zatem byli traktowani przez tłumiące Powstanie jednostki SS z grupy korpuśnej von dem Bacha-Zelewskiego jak bandyci, a wraz z nimi cała ludność cywilna Warszawa była traktowana jak bandyci. Powstańcy do ludności cywilnej odróżniali się optycznie jedynie biało – czerwonymi opaskami na ramionach. Żadne mocarstwo nie uznało ich za stronę wojującą a tym samym nie uznawało ich praw kombatanckich (czyt. Nie uznawało ich za żołnierzy, którym należą się prawa jenieckie) – chociaz byli zbrojnym ramieniem Rządu R.P na terenie okupowanej Polski. Wielka Brytania prawa kombatanckie ostatcznie przyznała Armii Krajowej 30 sierpnia co ukróciło częsciowo bestialskie zachowanie rozlicznych jednostek niemieckich tłumiących Powstanie. 30 sierpnia było to jednak już z górą trzy tygodnie po rzezi Woli w czasie której niemiecki rycerz Reinfarth miał nie lada problem do rozwiązania, meldując dowódcy 9 Armii gen. Von Vormannowi:

„Co mam robić z ludnością cywilną? Posiadam mniej amunicji niż jeńców.” (wg. relacji „Mehr Polen ald Pulwer” H. v. Karnhalsa)

Nie było aż tak źle, żeby żołnierze Reinfartha nie wiedzieli co mają robić z ludnością cywilną. A. Przygoński w swojej pracy „Powstanie Warszawskie w sierpniu 1944”, w której z kolei opierał się na zbiorze protokołów z przesłuchań świadków zbieranych dla udokumentowania zbrodni Niemieckich, przytacza kilkanaście relacji z rzezi Woli w dniach 5 – 7 sierpnia. Wśród nich takie jak ta, niczym sie szczególnym nie wyróżniająca:

”Zajrzałam do pierwszej sali i zobaczyłam, że są tam już żołnierze. Paliło się światło. Panowała straszna cisza, chorzy (same ciężkie wypadki) mieli twarze koloru ziemistego. Żołnierze rzucali granaty wielkości jajka. Z chwilą rzucania granatów rozległy się jęki rozrywanych [...] W zewnętrznym rogu sali II stały matki z drobnymi dziećmi i chora zakonnica. Na te grupę żołnierze zaczęli najpierw rzucać granaty. Dzieci strasznie krzyczały.”

gallery&size=400
[fot. E. Lokajski]

5 sierpnia 1944 roku ludzie ginęli na ul. Działdowskiej 3/5, 6/8 i 18 (łącznie ok. 300 rozstrzelanych), ul. Górczewskiej 5/9 (ok. 1000 rozstrzelanych), ul. Górczewskiej 14 (ok. 300 rozstrzelanych), ul. Górczewskiej 15 (ok. 2000 rozstrzelanych), ul. Górczewskiej 51 (ok. 400 rozstrzelanych), ul. Karolkowej 62 (ok. 400 rozstrzelanych), ul Karolkowej/róg ul. Leszno (ok. 300 rozstrzelanych), ul. Krohcmalnej 90 (ok. 100 rozstrzelanych), ul. Leszno 17 (szpital- ok. 300 rozstrzelanych), ul. Młymnarska 2 (ok. 1000 rozstrzelanych), ul. Młynarska 15/17 (ok. 100 rozstrzelanych), ul. Moczydło/róg Zagłoby 1 oraz tereny za wałem kolejowym (ok. 10.000 rozstrzelanych), Park Sowińskiego (ok. 1500 rozstrzelanych), ul. Płocka 23/25 (ok. 300 rozstrzelanych), ul Płocka 28/30 (ok. 500 rozstrzelanych), ul. Siedmiogrodzka 5 (ok. 1500 rozstrzelanych), ul. Sowińskiego/róg Wolskiej (ok. 200 rozstrzelanych), ul. Staszica 15 (ok. 500 rozstrzelanych), ul. Wolska 2/4 (szpital – ok. 700 rozstrzelanych), ul. Wolska 6/8 (ok. 1000 rozstrzelanych), ul. Wolska 24 (ok. 1000 rozstrzelanych), ul. Wolska 26 (ok. 200 rozstrzelanych), ul. Wolska 27 (ok. 700 rozstrzelanych), ul. Wolska 43/45 (ok. 3000 rozstrzelanych), ul. Wolska 55 (ok. 5000 rozstrzelanych), ul. Wolska 58/60 (ok. 300 rozstrzelanych), ul. Wolska 77 (ok. 2000 rozstrzelanych), ul. Wolska 78 (ok. 3000 rozstrzelanych), ul. Wolska przy kościele św. Wojciecha (ok. 400 rozstrzelanych), ul. Wolska 79/81 (ok. 1500 rozstrzelanych), ul. Wolska 84a (ok. 100 rozstrzelanych), ul. Wolska 101 (ok. 400 rozstrzelanych), ul. Wolska 102/104 (ok. 1500 rozstrzelanych), ul. Wolska 105/109 (ok. 2000 rozstrzelanych), ul. Wolska 122/124 (ok. 1300 rozstrzelanych), ul. Wolska 140 (ok. 600 rozstrzelanych), ul. Wolska 151 (ok. 50 rozstrzelanych), ul. Wolska przy cerkwi (ok. 50 rozstrzelanych), ul. Żytnia, róg Młynarskiej (ok. 100 rozstrzelanych).
Razem ok. 45 500 rozstrzelanych, rozerwanych granatami, spalonych żywcem.

Amerykanie czczą każdego zabitego imieniem i nazwiskiem na odnośnych pomnikach.

W Polsce Żołnierze A.K. ginący z bronią w ręku wymieniani są oddziałami na apelach poległych.

Ludność cywilna do dzisiaj na apelach poległych wymawiana jest jednym zdaniem.

NgalangSangdrol-Szyba.jpg

„Od pierwszego zatrzymania chińscy urzędnicy używali różnych narzędzi tortur, żeby złamać mego ducha. Poddawano mnie fizycznym i psychicznym torturom, bym wyrzekła się Jego Świątobliwości Dalajlamy i aspiracji mego narodu. Innych więźniów politycznych i mnie rażono prądem z rozmaitych pałek elektrycznych w najwrażliwsze części ciała, takie jak usta, pachy i dłonie. Okładano nas rurami, trzcinami i pałkami różnej wielkości oraz grubymi, skórzanymi pasami z ciężkimi klamrami. Byliśmy bici i kopani przez strażników, którzy ćwiczyli sztuki walki. Inne mniszki i mnie wieszano na długi czas za wykręcone na plecach ręce; kazano nam stać bez ruchu w palących promieniach słońca lub na mrozie i bito, gdy upadałyśmy z gorąca lub wyczerpania. Kazano nam ścigać się dla rozrywki strażników; rzucano w nas kamieniami i bito, kiedy biegłyśmy zbyt wolno lub pomyliłyśmy słowa chińskich piosenek, do których śpiewania nas zmuszano. Tygodniami byłam więziona w karcerze, ponieważ nie godziłam się z kłamstwami i karami moich oprawców. Tortury i maltretowanie zaczęły się, gdy byłam trzynastoletnim dzieckiem, i trwały przez większą część mego pobytu w więzieniu.
W 1992 roku byłam świadkiem torturowania wszystkich innych więźniów politycznych. W 1996 roku, gdy Phuncog Pemę i mnie wtrącono do małej celi, dowiedziałyśmy się, że więźniów z oddziału piątego, między innym Ngałanga Phulczunga, torturowano tylko dlatego, że zwrócili się do wyższych urzędników w sprawie śmierci współwięźnia, który zmarł na skutek tortur.
Najgorszy był maj 1998 roku. 1 maja jest w Chinach „świętem pracy”. Z tej okazji komendantura zorganizowała ceremonię podniesienia chińskiej flagi. Kiedy już spędzono skazanych, dwaj więźniowie kryminalni zaczęli wznosić niepodległościowe okrzyki i skandować „Niech żyje Dalajlama!”. Dołączyli do nich wszyscy mnisi i mniszki. Zapanował kompletny chaos. Żołnierze i uzbrojeni policjanci rzucili się na więźniów, bijąc ich i wywlekając z placu apelowego. Trzy dni później, choć atmosfera wciąż była napięta, komendantura postanowiła powtórzyć tę uroczystość. Czułyśmy, że musimy zrobić coś patriotycznego. Kiedy więźniowie zaczęli wznosić okrzyki, dołączyłyśmy do nich, skandując przez kraty z naszych cel. Pamiętam, że krzyczałam „Nie podnoście chińskiej flagi na tybetańskiej ziemi!”. Strażnicy otworzyli ogień do skazanych.
Ci, których trafili, leżeli we krwi na ziemi. Zaraz potem do cel wpadli strażnicy i popędzili nas ku wrzeszczącemu tłumowi policjantów. Tłukli elektrycznymi pałkami i kolbami karabinów. Wszystko spływało krwią.
Kiedy zaczęły się tortury, byłam przekonana, że chcą nas zabić. Bili z całej siły. Nie wiem, jak długo to trwało. Mówiono mi, że dwie, może trzy godziny. Straciłam przytomność w chwili, gdy kilku strażników kopało mnie w głowę i okładało pałkami. Dowiedziałam się później, że Ani [mniszka] Phuncog Pejang zasłoniła mnie przed razami własnym ciałem, bo myślała, że zaraz zginę. Pobili ją za to okrutnie. Prawdopodobnie uratowała mi życie.
Jakiś miesiąc później usłyszałam straszny krzyk z sąsiedniego oddziału. Nie przypominał głosów dochodzących do nas, gdy byłyśmy bite. Był gorszy. Nagle zrobiło mi się zimno. Brzmiało to jak krzyk ostatni – pewność, że giniesz.
Co się wydarzyło, dowiedziałam się dopiero cztery lata później. Zginęło pięć dwudziestokilkuletnich mniszek, wtrąconych do więzienia za udział w pokojowych protestach przeciwko Chińczykom. Władze twierdzą, że odebrały sobie życie, ja jednak jestem przekonana, że przyczyną śmierci były tortury. Słyszałam, iż ciała i twarze ofiar były tak zniekształcone i posiniaczone, że ludzie nie mogli ich rozpoznać.
Zginęły te, które stawiały najtwardszy opór. Na tamtym bloku kazano śpiewać chiński hymn. Odmówiły, a reszta poszła w ich ślady. Mówiono mi potem, że właśnie ten protest doprowadził do ich śmierci.
W buddyzmie samobójstwo jest rzeczą najgorszą – jeśli więc mniszki odebrały sobie życie, musiały to zrobić ze względu na dobro innych. Nie zabiłyby się tylko z powodu zadawanych im okrutnych tortur. Wiedziały, że za sprawą odmowy śpiewania chińskiego hymnu ukarano wszystkie mniszki. Nie bały się umrzeć. Przez cały czas w Drapczi nie bała się tego żadna z nas. Przekroczyłyśmy ten punkt.
Nigdy nie zapomnę krzyku, który usłyszałam tamtego dnia. To były głosy upiorów. Wiedziałam, że dzieje się coś potwornego.
Teraz mieszkam w Waszyngtonie i współpracuję z International Campaign for Tibet. Chcę się poświęcić pracy dla sprawy Tybetu. W więzieniu nie miałam pojęcia, że tylu ludzi z całego świata interesowało się mną i latami prowadziło kampanię o moje uwolnienie. Niektórzy na Zachodzie nazywali mnie bohaterką, lecz nie uważam się za nikogo szczególnego. Dla mnie, Tybetanki, robienie tego, co robiłam, stanowiło w gruncie rzeczy obowiązek. Inspiracją wszystkiego był Jego Świątobliwość Dalajlama – zawsze towarzyszyła mi jego obecność. Mam nadzieję, że przed moimi przyjaciółmi, którzy nadal cierpią w więzieniu, otworzy się wkrótce taka sama ścieżka wolności.”

za:
http://www.hfhrpol.waw.pl/Tybet/ngalang/

Dokumenty Prokuratury w Hamburgu Js 8 147 s 58/67 Euthanasie in Hamburg s. 182, za: Ernst Klee „Euthanasie im NS_Staat, s. 341, wykaz wewnętrzny zwolnionych łóżek w wyniku akcji T4 wykazuje ogólna liczbę 93 521 w latach 1940 – 1941 wraz z ich późniejszym przeznaczeniem:

„31058 łóżek dla lazaretów rezerwowych,
4602 łóżka dla obozów dla jeńców wojennych,
6348 lóżek dla NSV (Narodowosocjalistyczna opieka społeczna),
8577 lóżek na potrzeby przesiedlonych grup etnicznych,
9860 lóżek dla potrzeb Wehrmachtu (innych niż lazarety rezerwowe),
4871 łóżek dla organizacji „Todt” na potrzeby szpitali awaryjnych na terenach zagrożonych nalotami,
4620 łóżek dla przytułków dla zarażonych gruźlicą,
650 łóżek dla szkół Adolfa Hitlera,
870 łóżek dla nazistowskich zakładów wychowawczych,
7170 łóżek dla SS z koszar i szkół,
766 łóżek na potrzeby opieki nad młodzieżą,
588 łóżek na potrzeby zakwaterowania robotników zbrojeniowych
6312 łóżek dla Deutsches Haus NSDAP na zakwaterowanie kobiet aspołecznych, Szkół Administracji Rzeszy oraz na inne cele.”

Taki wkład Idiotów aus Hartheim w nazistowski dżihad o lebensraum. Idiotom umożliwiono nie-życie przez gaz, zastrzyki z fenolu, spaliny diesla. Bóg zapłać.


  • RSS