radek-kirschbaum blog

Ziemio nie kryj niczyjej krwi, iżby lament nie ustawał

sophie_scholl

Na zdjęciach Sophie Scholl, urodzona 9 maja 1921 roku, wierząca, z wyznania protestantka. W młodości była członkinią różnych młodzieżowych ruchów. W czasie wojny była aktywnym członkiem grupy „Biała Róża”. Trudno nazwać to grupą oporu, „Biała Róża” kolportowała ulotki wzywające do przeciwstawienia się zbrodniczej polityce Państwa Niemieckiego zarządzanego przez NSDAP i Adolfa Hitlera. Ulotki były pisane przez studentów, można powiedzieć, że były przegadane, zawierały – jak na ulotki – zbyt dużo treści. Młodzi rozrzucali je, zostawiali w różnych miejscach. Sophie Scholl i jej brat Hans zostali zadenuncjowana przez uniwersyteckiego woźnego Uniwersytetu w Monachium 18 lutego 1943 roku. Zostali przesłuchani i ścięci na gilotynie po procesie przed Trybunałem Ludowym, któremu przewodniczył Roland Freisler w dniu 22 lutego 1943 roku. W ostatniej IV ulotce grupy oporu „Biała Róża rodzeństwo Scholl napisało między innymi:

„Wolność i honor! Przez dziesięć długich lat Hitler i jego towarzysze aż do obrzydzenia powtarzali, plugawili i przekręcali te dwa wspaniałe niemieckie słowa, jak to potrafią czynić tylko dyletanci, rzucający najwyższe wartości narodu przed wieprze. Co dla nich oznaczają wolność i honor, dostatecznie pokazali przez dziesięć lat unicestwiania wszelkiej materialnej i duchowej wolności, wszelkich moralnych wartości narodu niemieckiego. Straszliwa rzeź, jaką w imię wolności i honoru narodu niemieckiego zgotowali i codziennie gotują całej Europie, otworzyła oczy nawet najgłupszym Niemcom. Imię Niemiec pozostanie zhańbione, jeśli młodzież niemiecka nie zdobędzie się wreszcie na to, by powstać, zemścić się i jednocześnie odpokutować, by zniszczyć swoich dręczycieli i zbudować nową duchową Europę.”

Od lat Radka Kirschbauma nurtuje wątpliwość skąd 22 letnia dziewczyna posiadła tak dogłębną wiedzę na temat natury zbrodniczego systemu, którego wyrazem była polityka Państwa Niemieckiego. Rodzeństwo Scholl już w zimie roku 1943 przeczuwało, a może i wiedziało jaka jest prawda. A po wiele lat po wojnie tylu Niemców publicznie twierdziło, że nic nie wiedziało o niczym? Szczególnie o zbrodniach. Szczególnie tych popełnianych na wschodzie Europy.

maxresdefault (1)

Roland Freisler przeżył swoją ofiarę o niecałe dwa lata. 3 lutego 1945 roku odłamek alianckiej bomby zabił go na dziedzińcu Trybunału Ludowego w Berlinie. Być może nawet odciął mu głowę, jak ostrze gilotyny.

Podobno Sophie Scholl była jedną z tych osób, które uratowały honor Niemiec w tych ponurych czasach, tyle tylko, że  w czasie procesu żadne Niemcy przy niej nie stały. Nikt nie widział Niemiec kiedy kat naciskał spust gilotyny.

soph scholl photos

 

Według wiedzy Kirschbauma Sophie Scholl nie ma żadnego upamiętnienia w Polsce. Nazwy ulicy, tablicy, czegokolwiek.

Jest rok 1933. Gareth Jones walijski dziennikarz ma 28 lat, Walter Duranty, starszy od Garetha o 11 lat właśnie dostał nagrodę Pulitzera za cykl reportaży opisujących budowę komunizmu w ZSRR. Na Ukrainie i Kubaniu trwa kolejna klęska głodu – po tej z lat 1921-22 kiedy Lenin nawoływał, by zamiast ratować głodujących teraz właśnie uderzyć w Cerkiew – ta jest jeszcze gorsza, jeszcze bardziej masowa. Na planach eksportu zboża z Ukrainy opierają się tym razem wielkie plany industrializacyjne ZSRR tak zwanej „drugiej pięciolatki”. Zboże musi być sprzedawane za dewizy, żeby było za co budować fabryki, elektrownie, zapory na rzekach. Zboże jest zatem zabierane chłopom, pod pozorem walki z kułakami, w tym także zboże na zasiewy. W sierpniu 1932 zostaje uchwalony dekret „O ochronie mienia przedsiębiorstw państwowych, kołchozów, spółdzielni oraz wzmocnieniu własności społecznej” zwany potocznie „Prawem pięciu kłosów”. Chłopi, którzy nie poddali się kolektywizacji, którym zabrano zbiory i zboże pod zasiewy szukają jedzenia tam gdzie ono jeszcze jest, na polach kołchozowych. Dekret ustalał, że każdy u którego znajdzie się 5 kłosów z kołchozowego pola może zostać rozstrzelany albo wsadzony do zony na 10 lat, co na jedno wychodziło. W latach 1932-33 z tego dekretu skazano około 125.000 osób. Ludzie uciekali do miast, gdzie istniały państwowe sklepy, sprzedające żywność za waluty i złoto. W Charkowie tylko w styczniu i lutym dwa takie sklepy, tzw. „trogsiny” skupiły w ten sposób 374 kilogramów złota.  Zboże z Ukrainy musiało się znaleźć i musiało być eksportowane. 28 listopada 1932 KC KPZR Ukrainy zabroniło wywozu kołchozowych zapasów zboża na zasiew (często uzyskanych wcześniej w ramach brutalnych rekwizycji u chłopów, którzy się nie skolektywizowali). Co więcej nakazano kołchozom zwrot zabranego wcześniej zboża. W grudniu 1932 roku Stalin wysyła na Ukrainę Kaganowicza, który doprowadza do uchylenia postanowień KC KPZR. Ukraina ma oddać swoje zboże. W ciągu 5 dni. Kto się sprzeciwi będzie aresztowany i rozstrzelany. Ludzie, którym dosłownie odebrano chleb od ust, ruszyli w poszukiwaniu jedzenia do miast. Władze ZSRR odpowiedziały na to wprowadzeniem paszportów wewnętrznych (27 grudnia 1932 roku) i zakazem podróży kolejami. Ludzie szli zatem na piechotę od wsi do wsi, ale nie było miejsca gdzie jest jedzenie. Zimą 1932, wiosną i latem 1933 roku głód osiągnął takie rozmiary, że zaczęło dochodzić do aktów kanibalizmu. Pomimo tego Walter Duranty twierdził, że wszelkie opowieści o wielkim głodzie są przesadą lub złośliwą propagandą. Gareth Jones jako asystent Lloyda George’a był już dwukrotnie w ZSRR w 1930 i 1931 roku. Już wtedy słyszał o kosztach stalinowskiej pięciolatki, w 1932 roku wychodzą jego notatki pod tytułem „Doświadczenia z Rosji 1931. Dziennik” i tam pada po raz pierwszy słowo „głód”. W lutym 1933 roku Gareth Jones przeprowadza wywiad z Adolfem Hitlerem. Czytał „Mein Kempf”, widzi tępe uwielbienie na parteitagach w Lipsku, Berlinie, Frankfurcie i czuje siłę – jak sam to nazwie – czystego, prymitywnego kult. Trzecim razem przyjeżdża do ZSRR w marcu 1933 roku, na własny koszt. Pomimo zakazu podróżowania, wsiada 7 marca 1933 roku do pociągu do Charkowa z plecakiem pełnym jedzenia. Już w pociągu widział głodujących, widział też jak głodujący chłop rzucił się pod pociąg. Wysiadł na przypadkowej stacji i ruszył na piechotę dalej. Wędrował po opustoszałych wioskach, spał na klepiskach obok konających rodzin. Podzielił się kiedyś z dziewczynką, tym co miał w plecaku, miała powiedzieć: „Zjadłam takie pyszności, teraz umrę szczęśliwa”. 29 marca 1933 roku zwołał w Berlinie konferencję prasową opisując to, co widział, jednak zmiany w samych Niemczech całkowicie przysłoniły śmierć kilku milionów chłopów na południu ZSRR a jego enuncjacje spotkały się ze wściekłymi atakami kolegów dziennikarzy. W 1934 roku otrzymał zakaz wjazdu do ZSRR jako szpieg o czym Lloyd’a George’a poinformował w osobistym liście Maksym Litwinow. Gareth Jones musiał także poszukać sobie nowej pracy, którą było pisanie o rękodziele walijskim dla „Cardiff Western Mail”. Tam przypadkiem spotkał się z Randolphem Hearst’em, który zaproponował mu pracę w USA, znając jego wcześniejsze teksty na temat Hołodomoru. Gareth Jones przybył do Stanów z serią odczytów w grudniu 1934 roku. Zabójstwo Kirowa (1 grudnia 1934 roku) trafnie interpretował w nich jako rozgrywkę wewnętrzną partii komunistycznej i wstęp do kolejnego etapu likwidacji rzekomych lub prawdziwych wrogów Stalina. W 1935 roku udał się do Japonii a następnie do Wewnętrznej Mongolii i świeżo powstałego marionetkowego państwa Mandżukuo, przeczuwał bowiem, że tutaj z kolei zacznie się pożoga w Azji, że to teren i czas kluczowy. W końcu lipca 1935 został porwany przez bliżej nieznanych sprawców, zabity na dzień przed swoimi 30 urodzinami. Do miejsca gdzie został porwany jechał razem z niemieckim kolegą, podającym się za dziennikarza, Herbertem Muellerem, który został niespodziewanie zwolniony po dwóch dniach podczas gdy Jones był przetrzymywany 16 dni i ostatecznie zabity. Dzisiaj jest dość pewne, że Herbertt Mueller był znany brytyjskim służbom jako komunista, członek Trzeciego Kominternu, łącznik sowieckich służb w Chinach. Nieco wcześniej, przebywając w Japonii, niczego nie świadom Gareth Jones wspólnie zamieszkiwał z Guntherem Steinem, Niemcem na sowieckich usługach, agantem z kręgu Richarda Sorgego, najważniejszego sowieckiego szpiega na Dalekim Wschodzie. Wiele wskazuje na to, że ZSRR i Stalin od 1933 śledzili szkodliwego ich zdaniem dziennikarza, przekazującego prawdę o zbrodniach w ZSRR na Zachód i chcieli go uciszyć.

Notatnik Garetha Jonesa z podroży po Ukrainie jest dzisiaj eksponowany w Trinity College w Cambridge obok rękopisów Isaaca Newtona. Gareth Jones nie ma pomnika na Ukrainie, chociaż pośmiertnie został odznaczony orderem „Za zasługi” przez rząd Ukrainy wraz ze swoim kolegą Malcolmem Muggerige’m.

Do dzisiaj nie są ujawnione spisy ludności Ukrainy, Kubania, Powołża z roku 1937. Dlatego nie wiadomo ile milionów ludzi dla ratowania planu pięcioletniego zagłodzono. 3, 6 czy 10 milionów.


Trudno wyznaczyć początek i koniec historii, którą wciąga czytelnika Lidia Ostałowska w reportażu „Farby wodne” wydanym przez Wydawnictwo „Czarne”. Można zaryzykować twierdzenie, że nici zdarzeń po raz pierwszy nierozerwalnie zawiązują się w 1943 roku, kiedy do Auschwitz trafia Dina Gottliebova, studentka akademii sztuk pięknych. Kiedy maluje w baraku dziecięcym na ścianie sceny z rysunkowej wersji Królewny Śnieżki, zwraca na nią uwagę dr Josef Mengele, dla którego następnie tworzy portrety więźniów podobozu cygańskiego w Auschwitz. Portrety cygańskich więźniów Auschwitz-Birkenau okazują się być jednymi z nielicznych dokumentów zagłady społeczności romskiej w czasach terroru III Rzeszy. Wiele lat po wojnie Dina Gottliebova dowiaduje się o istnieniu tworzonych przez nią obrazów i żąda ich zwrotu, powołując się na prawo do własności intelektualnej. Na to nie zgadza się Muzeum w Auschwitz, wywodząc że w gruncie rzeczy stworzone przez nią akwarele, które być może ratowały Dinie życie zarazem ocaliły anonimowe twarze więźniów Birkenau. Sprawa akwarel autorstwa Diny Gottliebovej jak w soczewce pokazuje splot relacji i nierozwiązywalnych konfliktów kulturowych pomiędzy społecznościami ofiar. Z jednej strony pojawiają się racje Muzeum w Auschwitz gromadzącego wszelkie ślady ludobójstwa zgodnie ze swoją misją. Trudno odmówić im racji. Gdyby ktoś rozpoznał na ekspozycji walizkę należącą do swojej rodziny powinien ją zabrać? Z drugiej strony ujawniają się racje społeczności romskiej, pozbawionej podmiotowości przez oprawców, ale także przez wiele lat nie traktowanej przez państwa i społeczeństwa europejskie jako podmiot zbrodni. Dla Romów/Cyganów/Sinti akwarele Gottliebowej były i są jednymi z nielicznych dowodów/dokumentów/pamiątek po ich zagładzie, pożarciu, zniknięciu.  Z trzeciej strony pozostaje pytanie o prawo autorki do wykonanych przez nią na zlecenie dr. Mengele obrazów. Kto jest właścicielem tych akwarel – społeczność której przedstawicieli przedstawiają? Autorka? A może zleceniodawca dr. Mengele i jego spadkobiercy? Szczególnie smutnym finalnym odkryciem okazuje się, że nawet po latach – trudno mówić o unieważnieniu ludzkich różnic wobec zła, jakim był nazizm. Po latach okazuje się, że pamięć wcale nie zrównuje ludzkiego cierpienia, ale je różnicuje i jak się wydaje – utrwala te zróżnicowania, sprawiające, że wiele lat po doznanych cierpieniach ofiary nadal toczą makabryczne w swej istocie spory. Co więcej – linie tego (ale także wielu innych podobnych) konfliktu układają się dziwnie podobnie do linii podziałów wykreślonych drutem kolczastym w Birkenau.

 

 

Gdyby pewnego dnia zdarzyło się – a mogłoby to być już dzisiaj – że padnę ofiarą terroryzmu, który zdaje się obecnie zagrażać wszystkim cudzoziemcom zamieszkującym w Algierii, pragnąłbym, aby moja wspólnota, mój Kościół, moja rodzina pamiętali, że moje życie było oddane Bogu i temu krajowi. By zdali sobie sprawę, że Jedynemu Władcy wszelkiego życia to moje nagłe odejście nie było obojętne. By modlili się za mnie; bo jakże mogłem zostać uznany za godnego złożenia takiej ofiary? By potrafili związać moją śmierć z tylu innymi, które są równie okrutne, lecz pozostają ledwie zauważone i bezimienne.Moje życie nie jest więcej warte niż jakiekolwiek inne. Ale też nie jest warte mniej. W każdym razie nie ma w nim niewinności dzieciństwa. Żyję już na tyle długo, że świadom jestem własnego udziału w złu, które niestety zdaje się przeważać na tym świecie, nawet tego, które może we mnie uderzyć. Chciałbym, gdy ten moment nadejdzie, mieć umysł na tyle jasny, bym mógł prosić o przebaczenie Boga i wszystkich moich bliźnich i równocześnie przebaczyć z całego serca temu, który ugodzi we mnie. Nie życzę sobie takiej śmierci. Myślę, że muszę to jasno powiedzieć. Bo nie wyobrażam sobie, jak mógłbym się cieszyć z tego, że ten naród, który kocham, miałby być w czambuł oskarżony o zamordowanie mnie. To zbyt wysoka cena, za coś co prawdopodobnie zostanie określone jako „łaska męczeństwa”, by płacił ją Algierczyk, ktokolwiek nim będzie, nawet jeśli powie on sobie, że czyni to w imię po swojemu rozumianego islamu. Wiem, jaką pogardą świat darzy Algierczyków, wszystkich bez różnicy. I znana mi jest karykatura islamu, forsowana przez typ ludzi dobrze myślących. Ci ludzie zbyt łatwo uspokajają własne sumienie, stawiając znak równania między religią i ideologią skrajnych fundamentalistów. Dla mnie Algieria i islam to dwie różne rzeczy, to ciało i dusza.Stwierdzałem to już wielokrotnie, w pełni świadom tego, co im zawdzięczam, tak często odnajdując w nich prostą nić przewodnią Ewangelii, tak jak nauczyła mnie jej moja matka, mój pierwszy Kościół –odnajdując ją właśnie tu, w Algierii, w postawie szacunku wierzących muzułmanów. Moja śmierć zapewne okaże się argumentem na rzecz tych, którzy szybko zdefiniowali mnie jako naiwnego idealistę. „Niechby nam powiedział teraz, co o tym myśli”. Ale niech ci ludzie wiedzą, że wtedy moja najbardziej dociekliwa ciekawość będzie już zaspokojona. Bo wtedy, jeśli Bóg zechce, będę mógł zobaczyć Jego dzieci islamskie, tak jak On je widzi, ludzi ogarniętych światłością chwały Chrystusa, owocu Jego Męki, obdarzonych Darem Ducha, którego tajemną radością będzie zawsze tworzenie wspólnoty, ukazywanie podobieństw i radowanie się różnicami. Za życie utracone, całkowicie moje i całkowicie ich, dziękuję Bogu, który jak gdyby tylko dla tej Radości je stworzył, radości ze wszystkiego i mimo wszystko. Do tego „dziękuję” za całe moje życie wraz z tym, co jeszcze może się w nim zdarzyć, włączam Was wszystkich, przyjaciół dawnych i dzisiejszych, i Was przyjaciół tu na miejscu, a także moją matkę i ojca, siostry i braci, i ich rodziny – moje stokrotnie przyrzeczone dzięki! A także ciebie, przyjacielu mojej ostatniej minuty, który nie będziesz wiedział, co czynisz. Tak, ciebie też do mojego „dziękuję” włączam i do mojego „A Dieu – Z Bogiem”, którego widzę także w twojej twarzy. By dane nam było się spotkać, jak dobrym łotrom, w raju: bo tak spodobało się Bogu, który jest Ojcem nas obu. Amen. Inch’Allah. Algier, 1 grudnia 1993 r. – Tibhirine, 1 stycznia 1994 r.

Dwa lata po napisaniu powyższych słów w nocy z 26 na 27 marca 1996 roku grupa Islamskiej Grupy Zbrojnej (Groupes Islamiques Armés – GIA), wtargnęła do klasztoru Thibirine w górach Atlasu, porwała siedmiu zakonników w tym przeora Christiana de Charge. Ta sama grupa była już w klasztorze w dniu Bożego Narodzenia w roku 1993 roku. Było to niedługo po tym jak GIA poderżneła gardła dwunastu pracownikom z Chorwacji pracującym w zakładzie wodociągowym w pobliżu klasztoru. Wówczas żądali podatku rewolucyjnego na wojnę z rządem Algierii. To wtedy, przed lub po zbrojnym wtargnięciu bojówki GIA ojciec Christian spisał ten tekst, nazwany ex post jego „testamentem”. Zaraz po porwaniu GIA przyznała się do napadu i przetrzymywania jako zakładników siedmiu mnichów oraz zażądała od władz Algierii i Francji uwolnienia terrorystów więzionych w tych krajach w zamian za darowanie życia zakonnikom. Żądania zostały odrzucone. 23 maja Islamska Grupa Zbrojna poinformowała, że dwa dni wcześniej, to jest 21 maja 1996 roku dokonała egzekucji zakonników. Zakomunikowano, że misjonarzy stracono za krzewienie wiary chrześcijańskiej wśród tubylców. 30 maja w pobliżu Medei, w worku przytwierdzonym do drzewa znaleziono odcięte głowy mnichów. Zginęli: przeor Christian de Cherge, ojciec Christopher Lebreton, ojciec Bruno Lemarchand, ojciec Celestine Ringeard, brat Luc Dochier, brat Michel Fleur i brat Paul Favre Miville. Dokładne okoliczności ich śmierci do dzisiaj nie są znane, mimo, iż to GIA przyznała się do tego morderstwa.

Najpierw fragmenty wypowiedź Prezydenta Rosji, Dimitrij Miedwiediewa, które sprawiło, że Kirschbaum czytał i oczom nie wierzył:

 

Dzień pamięci ofiar represji politycznych 30 października ustanowiono 18 lat temu. Jestem przekonany, że pamięć o narodowych tragediach jest tak samo święta jak pamięć o zwycięstwach. Ważne, żeby młodzi nie tylko mieli wiedzę historyczną, ale także poczucie obywatelskości. By byli zdolni przeżywać jedną z największych tragedii w historii Rosji. A nie jest to wcale łatwe.

[...]
Trudno sobie wyobrazić skalę terroru, którego ofiarą były wszystkie narody naszego kraju. Szczyt nastąpił w latach 1937-38. „Wołga narodowego bólu” – tak Aleksander Sołżenicyn nazwał nieskończoną rzekę represjonowanych w tym czasie. W ciągu 20 przedwojennych lat unicestwiano całe warstwy naszego narodu. Praktycznie zlikwidowano kozactwo. Rozkułaczono i wykrwawiono chłopów. Represjom politycznym podlegała inteligencja, robotnicy, wojskowi. Prześladowani byli przedstawiciele absolutnie wszystkich wyznań politycznych.
30 października jest dniem pamięci o milionach okaleczonych istnień. O ludziach rozstrzelanych bez sądu i bez śledztwa, o ludziach wysłanych do obozów i na zesłanie, pozbawionych praw obywatelskich za „nie to, co niesłuszne” albo słynne „pochodzenie społeczne”. Etykietka „wrogów narodu” i ich „wspólników” przylgnęła wtedy do całych rodzin. Pomyślmy: miliony ludzi zginęły na skutek terroru i fałszywych oskarżeń. Miliony zostały pozbawione praw. Nawet prawa do godnego pochówku, a przez długie lata ich imiona były po prostu wykreślone z historii.
Do dziś można usłyszeć, że ofiary te można usprawiedliwić wyższymi celami państwowymi. Jestem przekonany, że żadne sukcesy ani ambicje kraju nie mogą być osiągane za cenę ludzkiego życia, bólu i strat. Nic nie może stać wyżej niż cena ludzkiego życia. Dlatego represji nie można usprawiedliwić.
Poświęcamy dużo uwagi walce z fałszowaniem naszej historii. Ale w dziwny sposób uważamy, że chodzi wyłącznie o niedopuszczalną rewizję skutków II wojny światowej. Niemniej ważne jest, żeby pod pozorem obrony historycznej sprawiedliwości nie usprawiedliwiać tych, którzy unicestwiali swój naród.
[...]
Zaakceptować przeszłość taką, jaką była – na tym polega obywatelska dojrzałość. Niemniej ważne, żeby badać przeszłość, przemóc obojętność i próby zapomnienia tragicznych stron historii. Nikt poza nami samymi nie jest w stanie tego zrobić.
Rok temu, we wrześniu, byłem w Magadanie. Stojący tam pomnik „Maska bólu” Ernsta Nieizwiestnego zrobił na mnie wielkie wrażenie. Był przecież zbudowany nie tylko za państwowe pieniądze, ale także z datków. Potrzebne są nam takie miejsca, które będą przekazywać pamięć o przeszłości z pokolenia na pokolenie. Trzeba także szukać zbiorowych mogił ofiar represji, identyfikować zabitych, a w razie konieczności rehabilitować ich. Wiem, że ta sprawa niepokoi czytelników mojego blogu. Nikt oprócz nas samych nie zachowa pamięci historycznej ani nie przekaże jej nowym pokoleniom.


Bez poznania skomplikowanej i pełnej sprzeczności historii nie sposób zrozumieć dziejów naszego wielkiego państwa, nie sposób zrozumieć przyczyn naszych problemów, trudności dzisiejszej Rosji. Ale chciałbym podkreślić jeszcze raz: nikt poza nami samymi nie rozwiąże tych problemów. Nie wychowa dzieci w duchu szacunku dla prawa, szacunku dla praw człowieka, wartości życia ludzkiego, norm moralnych biorących się z naszych tradycji narodowych i naszej religii.
tłum. Marcin Wojciechowski (za www.gazeta.pl)

Po raz pierwszy tej rangi przywódca w Nowej Rosji przyznaje że zabitych były miliony i że nic tej zbrodni nie usprawiedliwia, nawet zwycięstwo nad Hitlerem. Kirschbaum zawsze uważał, że tak długo jak Naród Rosyjski nie będzie w stanie stanąć twarzą w twarz z ówczesnymi zbrodniami, tak długo jak nie znajdzie w sobie siły by wyrazić tamten ból, oswoić go, nazwać, chociażby symbolicznie rozliczyć, odkłamać – tak długo nie znajdzie się miejsce na prawde o Biesłanie, nie będzie mowy o prawdzie o Hołodmorze, nie będzie miejsca naprawdę o Katyniu, Workucie.

Kirschbaum chce zwrócić uwagę na jeszcze jedno zdarzenie, może oderwane od powyższego, ale może niezupełnie:

 

Delegacja Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego przyjechała do Polski na zaproszenie Sekretariatu Konferencji Episkopatu Polski. Sześciu duchownych odwiedziło w dniach 23-26 września m.in. Kraków, Gniezno, Płock i górę Grabarkę. Odprawili modły w cerkwiach w Siemiatyczach i Jabłecznej. Na Jasnej Górze otrzymali z rąk abp. Stanisława Nowaka, metropolity częstochowskiego, oraz o. Izydora Matuszewskiego, generała Zakonu Paulinów, kopię Cudownego Obrazu. „Spełniły się nasze marzenia, że kopia Ikony Matki Bożej Częstochowskiej przybędzie na ziemię rosyjską” – mówił archimandryta Arkadij, przełożony rosyjskiego klasztoru prawosławnego św. Nila na wyspie Stołobienskoje.

W modlitwie Apelowej m. in. w intencji Rosji „aby w niej narodziło się nowe życie” i w uroczystości przekazania Obrazu wzięli udział m. in. abp Stanisław Nowak metropolita częstochowski, o. Izydor Matuszewski generał zakonu paulinów oraz o. Roman Majewski przeor Jasnej Góry. – Bierzecie w swoje ręce tę Świętą Ikonę. Ona przyszła do nas już omodlona na Wschodzie. Ten Obraz łączy dwa wielkie światy. Ta Święta Ikona jest znakiem oddychania dwoma płucami, jak uczył Jan Paweł II. Przez znak tej Ikony Świętej Częstochowa i wasz klasztor w Rosji będziemy duchowo złączeni- mówił abp Stanisław Nowak.


Rosyjscy duchowni prawosławni spotkali się też z abp. Henrykiem Muszyńskim. „Przekazanie kopii jasnogórskiej ikony dla prawosławnego klasztoru jest ważnym krokiem na drodze zbliżenia naszych narodów i Kościołów” – komentował hierarcha. Jego zdaniem gest prawosławnych duchownych jest znaczący i trzeba spojrzeć na niego w kontekście „niezabliźnionych ran” – Katynia, Miednoje i Charkowa. „Oto w miejscu uwięzienia i cierpień tysięcy naszych rodaków zawiśnie wizerunek bliski sercom wszystkich Polaków. Wizerunek ważny także dla Kościoła wschodniego. Będą się przed nim modlić i Polacy, i Rosjanie, katolicy i prawosławni” – mówił abp Muszyński.

 

Po wybuchu rewolucji październikowej klasztor był bardzo mocno ograniczany w swojej działalności duchowej, kulturalnej i edukacyjnej. Przetrwał tak do 1927 r. kiedy został zamieniony przez władze komunistyczne na ośrodek poprawczy dla nieletnich, a od 1939 r. przetrzymywano tu jeńców polskich. We wrześniu 1939 r. w zabudowaniach poklasztornych prawosławnego monastyru założono największy z obozów w których więziono jeńców polskich. Likwidację tego obozu poprzez egzekucję jeńców rozpoczęto 4 kwietnia 1940 roku. W siedzibie NKWD w Twerze rozstrzelano 6295 policjantów, żołnierzy Korpusu Ochrony Pogranicza, pracowników administracji państwowej, żandarmerii i wywiadu z obozu w Ostaszkowie. Ciała rozstrzelanych zostały wywiezione ciężarówkami do lasu pod Miednoje. W 1991 r. placówka wróciła do Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego.

 

Taka kolejność, że najpierw trzeba otworzyc oczy i zobaczyć. Grób trzeba opłakać, omodlić, musi się osiąść bo jak poucza w piosence Jan Krzysztof Kelus nadal:

„w tajdze są groby, bez krzyży i zniczy

I białe są karty dziejowych rozliczeń”

 

Czy wreszcie świta jakiś promień w opowieściach Kirschbauma? Czy wreszcie będzie można mówić imionami prawych i godnych? Kirschbaum ma kilka takich grobów w tajdze do odkrycia, opisania. Jestem przecież stamtąd, na nazwisko mam Wiśniewski, babcia i dziadek Zadeberny, prarabcia i pradziadek Szopf z domu Koziuk, urodozna w Sniatyniu, przybyła tutaj gdzie i ja mieszkam długa pętlą – przez Tobolsk. A gdzie Pradziadek Franciszek?

 

  

 Wyjątek z dziennika placówki wywiadowczej X22 na temat sytuacji na wsi ukraińskiej

 

4 marca 1932

Dr Grekowa opowiadała o nędzy, jaka jest na wsi. Przed paru dniami wysłano jednego pacjenta ideowego [w korespondencji wywiadowczej nazywano tak funkcjonariuszy OGPU lub członka lokalnych władz sowieckich – przyp. Kirschbaum] na wieś dla konfiskaty resztek pozostałych – ten ostatni jednak, stwierdziwszy na miejscu nędzę i głód (chłopi jedzą makuchę zamiast chleba) – wrócił, rzucając swoim pacjentom swoją książeczkę w oczy – powiedział: nie chcę więcej należeć, jeżeli to ma być ideą – przecież my stamtąd pochodzimy sami a zabieramy teraz i skazujemy na głód. Po tym fakcie przyszli do jego domu i odtąd żadnej wieści. Pozostawił żonę i dwoje dzieci.

  

Informacje z konsulatu R.P. w Kijowie dla Pana Posła R.P. w Moskwie – raport z 22 września 1932 zreferowane przez sekretarza Giżyckiego

[…]

Na tle głodowym miały miejsce liczne wypadki ludożerstwa, dla orientacji podaję kilka z nich:

  1. We wsi Mołojeckie, rej. Buki chłop, Wiktor Siwaczenko, zarżnął dwoje dzieci, które częściowo zjadł, a częściowo sprzedał na rynku. Siwaczenko został aresztowany i władze miejscowe ogłosiły go za niepoczytalnego.
  2. We wsi Chorkówka, rej. Buki matka Zacharczenko zarżnęła syna Borysa i karmiła nim resztę swoich dzieci
  3. We wsi Kiszczyńce znaleziono czteroletnie dziecko usmażone na patelni. Chłopi zlinczowali ludożercę.

[...]

 

W latach 1932-33 na Ukrainie zmarło z głodu 6, 7 lub 10 milionów ludzi.  Część cywilizowanych społeczeństw i ich cywilizowanych przedstawicieli nadal nie uważa odgórnie wywołanego Hołodomoru na Ukrainie za zbrodnię przeciwko ludzkości.

Rezolucja przyjęta 2 kwietnia 2008 roku przez parlament rosyjski głosi, że głodu z lat 30. XX wieku nie należy uznawać za ludobójstwo ani wykorzystywać jako narzędzia politycznego.

ŚWIADECTWO

3 komentarzy

Życie zawdzięczam pomyjom

Ama Adhi

Nazywam się Adhi Tape i mam pięćdziesiąt sześć lat. Urodziłam się w Njarongu. Dwadzieścia osiem lat spędziłam w więzieniu. Opowiem o tym, co przeżyłam, żebyście lepiej zrozumieli, jak straszliwe zbrodnie popełnia się w moim kraju.

Kiedy Chińczycy zaczęli niszczyć to, co my, Tybetańczycy, uważamy za najważniejsze, stawiliśmy opór. Pewnej nocy do mego domu przyszło sześciu chińskich policjantów. Zabrali mnie i szwagra, oskarżając nas o podżeganie do buntu we wschodnim Tybecie. Miałam wówczas dwadzieścia pięć lat i dwoje dzieci: trzyletniego synka i córeczkę, która nie ukończyła jeszcze roku. Kiedy próbowałam się z nimi pożegnać, synek złapał mnie za nogę i nie chciał puścić. Chińczycy bili go i kopali, wreszcie związali. Ciągnąc za włosy, wywlekli mnie z domu. Moment rozstania z dziećmi to najgorsza chwila mego życia. Do dziś słyszę ich płacz, do dziś śni mi się, że mnie wołają.
Przewieziono nas do więzienia. Kazano nam podać imiona osób, przygotowujących powstanie. Chińczycy powiedzieli, że zastrzelą nas, jeśli nie wydamy tych ludzi. Nie chcę mówić o torturach, które w więzieniu były na porządku dziennym. Powiem tylko, że ich ślady widać na moim ciele do dziś. Podobnie jak mąż mojej siostry, przysięgłam sobie, że nie wydam nikogo, za żadną cenę. Śledczy kazali nam uklęknąć na podłodze i patrzeć sobie w oczy. Powiesili nam na szyjach tabliczki, na których napisano coś po chińsku. Nie wiem, co – żadne z nas nie znało chińskiego. Jeden z przesłuchujących powiedział, że zastrzeli szwagra, jeżeli nie podamy imion ludzi, którzy z nami współpracowali. Kazali mi patrzeć, jak zabijają go strzałem w głowę.

Później dowiedziałam się, że mój synek zwariował i odebrał sobie życie, rzucając się do rzeki. I tak straciłam dwie najbliższe osoby. W więzieniu widziałam wielu mnichów i lamów, skutych ze sobą łańcuchami jak zwierzęta. Potem załadowano ich na ciężarówki i przewieziono do Dharcedo, do splądrowanego klasztoru, który zamieniono na więzienie. W więzieniu panowały straszliwe warunki. Do jedzenia dawano nam zupę z mąki zbożowej – prawie wodę; trzy kubki dziennie. Gdy po wypiciu tej zupy potarło się wnętrze kubka palcem, nie zostawał na nim żaden ślad. Miałam szczęście – przydzielono mi dobrą pracę. Wraz z trzema innymi kobietami miałam doglądać świń chińskich strażników. Mnisi musieli załatwiać naturalne potrzeby w swoich celach. Służyły im do tego małe naczynia, które mogli opróżniać dwa razy dziennie. Starałam się im pomóc, kradnąc resztki, którymi karmiłyśmy świnie, i ukrywając je w różnych miejscach, gdzie mogli je znaleźć. Dla nich pomyje były luksusem.

Po pewnym czasie wszyscy więźniowie byli tak osłabieni, że zataczali się przy każdym kroku jak pijani. Myśleliliśmy tylko o jednym: jak zdobyć coś do jedzenia? Niektórzy mieli halucynacje i krzyczeli przez sen: „Daj mi trochę campy! Daj mi choć kawałek chleba!”. Nawet śniliśmy tylko o jedzeniu… Mówiłam już, że do pracy w chlewie wybrano nas cztery – z trzystu więźniarek. Miałyśmy dzięki temu więcej pożywienia, ale przyszło nam za to drogo zapłacić… Każdą z nas wielokrotnie zgwałcili strażnicy. Myślę, że każda kobieta może sobie wyobrazić, co wtedy czułyśmy… Po pewnym czasie została z nas tylko skóra i kości. Codziennie umierało bądź „znikało” około piętnastu więźniów. Ciała zmarłych układano w stosy i przysypywano ziemią. Nad więzieniem unosił się jak chmura nieznośny odór gnijących trupów. Wkrótce potem część więźniów – w tym mnie – przeniesiono do kopalni ołowiu. Pędzono nas tam przez trzy dni. Po drodze musieliśmy przejść przez most. Gdy go zobaczyłam, zaczęłam się zastanawiać, czy nie lepiej będzie skończyć z tym wszystkim raz na zawsze. Chińczycy musieli podejrzewać, że wielu z nas ma podobne myśli, gdyż przed wejściem na most zatrzymali naszą kolumnę i skuli nas łańcuchami – po sześcioro. Pamiętam, że patrząc na wzburzoną wodę, walczyłam ze sobą przez dłuższą chwilę, ale w końcu doszłam do wniosku, że nie wolno mi pociągnąć za sobą pięciu osób. W kopalni pracowały tysiące Tybetańczyków. Wszyscy przypominali bardziej szkielety niż ludzi. Każdy, dosłownie każdy, podpierał się kijem, żeby utrzymać się na nogach. Wszyscy zataczali się i co krok potykali – wyglądało to jak taniec trupów. My, kobiety, byłyśmy w o tyle lepszej sytuacji, że pracowałyśmy w polu, gdzie jadłyśmy trawę i korzonki. Po pewnym czasie przekonaliśmy się, że niemal wszystko, co jedzą świnie, jest jadalne i dla ludzi. Niektórzy zjadali nawet larwy i karaluchy, ale ja nie potrafiłam się na to zdobyć. Przy wydawaniu posiłków więźniowie oczywiście tłoczyli się i przepychali – kubek zupy trzeba było wypić natychmiast, jednym haustem, żeby przypadkiem jej nie rozlać. O resztki, zostające czasem na dnie kotła, wybuchały bójki; prowokowanie ich należało do ulubionych rozrywek Chińczyków. Strażnicy wymyślili też zabawę w rzucanie na ziemię herbacianych fusów, na które rzucali się wycieńczeni więźniowie. Więźnia imieniem Thubten Dhargje złapano, gdy usiłował ugryźć łydkę trupa, rzuconego na jeden ze stosów. Chińczycy okrutnie go pobili i zaczęli przesłuchiwać. Więzień bronił się, mówiąc, że nic nie zjadł, gdyż na trupie została tylko skóra – poza tym, był tak słaby, że nie mógł jej przegryźć.

Okolice tej kopalni nazywa się dziś „Ziemią trupów”.

Po pewnym czasie byłam już tak osłabiona, że nie mogłam mówić. Starciłam przytomność. Kiedy się ocknęłam, leżałam na stosie trupów. Ludzie, którzy wywozili zwłoki, zauważyli, że żyję. Gdyby nie to, nie mogłabym dziś opowiedzieć swojej historii.

Ze stu kobiet, z którymi trafiłam do więzienia, przeżyły tylko cztery – opiekunki świń. Reszta zmarła z głodu.

Co musicie przeżywać wy, skoro ja, ślepy, nie mogę na to patrzeć?

Tusong, dwudziestodziewięcioletni niewidomy mnich, który 19 kwietnia 2008 roku odebrał sobie życie w klasztorze Amdo Kirti

Decyzją Komitetu Centralnego KPCh, MKOl i astrologów (za sprawą magii pomyślnych „ósemek”) rok 2008 i sierpniowe igrzyska w Pekinie miały być dla Chin trampoliną do klubu światowych potęg, wizerunkowe marzenia partyjnych dygnitarzy zniweczyła jednak eksplozja gniewu i frustracji Tybetańczyków, zmagających się od niemal dwóch dekad z nową, agresywną polityką chińskich władz.

Do pierwszych poważnych protestów doszło podczas lutowych obchodów buddyjskiego święta Monlam w okręgu Rebgong (chiń. Tongren) prowincji Qinghai, gdzie po spontanicznej kampanii palenia obszytych futrem ubrań władze mnożyły restrykcje i prowadziły intensywną „reedukację”. Błahy incydent wyzwolił tłumioną niechęć, przeradzając się w bijatykę między zgromadzonymi przed świątynią Tybetańczykami a policją i wmieszanymi w tłum tajniakami. Natychmiast ściągnięto wojskowe posiłki i zatrzymano 200 osób – dwie z nich, brutalnie pobite, zmarły, co doprowadziło do kolejnych starć. Kres niepokojom położyła dopiero interwencja opata lokalnego klasztoru.

Choć dzięki agresywnym środkom kontroli, prewencyjnym zatrzymaniom, kamerom przemysłowym i armii konfidentów władzom od ponad dziesięciu lat udawało się zapobiegać poważniejszym incydentom związanym z dwoma najważniejszymi datami współczesnego kalendarza tybetańskiego – rocznicami wybuchu powstania w 1959 roku i urodzin Dalajlamy – 10 marca z klasztoru Drepung ruszyło ku Lhasie około 300 mnichów, których natychmiast otoczyli funkcjonariusze LPZ i zepchnęli z powrotem do świątyni. W tym samym czasie przed Dżokhangiem protestowało kilkunastu duchownych klasztoru Sera i świeckich, błyskawicznie pobitych i zatrzymanych przez policję. Władze musiały przeczuwać nadciągającą burzę – strzępy informacji o podobnych incydentach napływały również z prowincji Qinghai i Gansu – bowiem największe stołeczne świątynie otoczono wojskowymi kordonami, nie zatrzymało to jednak mnichów z Sera, którzy następnego dnia ruszyli ku miastu, skandując niepodległościowe hasła i domagając się zwolnienia uwięzionych współbraci. Uzbrojeni policjanci rozproszyli pochód przy pomocy granatów z gazem łzawiącym, a władze – tradycyjnie oskarżające o wywołanie niepokojów „klikę dalaja” – nakazały komitetom dzielnicowym przeszukanie wszystkich mieszkań w tybetańskich kwartałach, zarządzając obławę na duchownych bez stołecznego hukou. Dwa kolejne dni należały do mnichów trzeciej z „wielkich siedzib”, Gandenu, oraz lhaskich mniszek, których marsze rozbito w podobny sposób. Niepokój w mieście potęgowały pogłoski, że uwięzieni w odciętych od świata (w tym wody i elektryczności) klasztorach na znak protestu przebijają się nożami i podpalają.

Rankiem 14 marca mnisi z położonego w centrum Lhasy sanktuarium Ramocze przewrócili policyjny samochód, który blokował ich bramę. Tym razem, jak pod koniec lat osiemdziesiątych, w obronie duchownych stanęli świeccy, obrzucając kamieniami i zmuszając do ucieczki interweniujących funkcjonariuszy. Podobnie jak wówczas – rozmyślnie lub nie (najwyżsi przywódcy TRA, do których należy podejmowanie kluczowych decyzji, byli w tym czasie w Pekinie na dorocznym posiedzeniu Ogólnochińskiego Zgromadzenia Przedstawicieli Ludowych) – błyskawicznie rosnący tłum sprowokowały same władze, wycofując siły policyjne i pozostawiając ulice tybetańskich kwartałów demonstrantom, którzy ruszyli nimi, niszcząc wszystkie symbole i ślady chińskiej obecności na Dachu Świata – flagi, biura, sklepy, hale targowe, restauracje, samochody, skutery – obrzucając kamieniami chińskich przechodniów i polując na wszechobecnych tajniaków. Tybetańscy sklepikarze ratowali swój dobytek, zawiązując na drzwiach khataki, tradycyjne białe szarfy. Wedle rządowych mediów w podpalanych budynkach zginęło dziesięć osób. Po południu władze ogłosiły całodobową godzinę policyjną, a wieczorem wyprowadziły na ulice wozy pancerne, paramilitarną wujing oraz wojsko – w tym elitarne oddziały AL-W, stacjonujące na co dzień w odległym o ponad 1250 kilometrów Chengdu, stolicy Sichuanu. Żołnierze tłumili zamieszki, używając ostrej amunicji i zabijając, według różnych źródeł, od kilkudziesięciu do stu osób. Dane te trudno zweryfikować, ponieważ z Lhasy i innych protestujących regionów Tybetu zaczęto natychmiast usuwać wszystkich cudzoziemców, a masowym rewizjom – oraz polowaniu na podejrzanych, byłych więźniów politycznych i nieposiadających lhaskiego meldunku – towarzyszyło nieodmiennie konfiskowanie telefonów komórkowych. Tego dnia do wielotysięcznych demonstracji i starć z policją doszło również między innymi w Labrangu (chiń. Xiahe), w prowincji Gansu oraz w Kardze, w Sichuanie – czyli we wszystkich trzech tradycyjnych prowincjach Tybetu, co nie zdarzyło się nawet w czasie powstania w latach pięćdziesiątych. Wszędzie powiewano zakazanymi flagami, wznoszono niepodległościowe hasła (choć bywało, że demonstranci, jak gdyby chcieli podkreślić wierność obowiązującym przepisom, mówili tylko o autonomii) i żądano powrotu Dalajlamy, który wezwał Chińczyków i swoich rodaków do niestosowania przemocy oraz zwrócił się o mediację wyjątkowo oszczędnej w swych apelach o „powściągliwość” i dialog społeczności międzynarodowej.

Wojsko przywróciło spokój w stolicy – ale nie na jej długo jeszcze wstrząsanych protestami rubieżach – 15 marca, a policja wróciła do skompromitowanej przed dwudziestu laty strategii „obrotowych drzwi”, dokonując setek przypadkowych zatrzymań połączonych z okrutnym biciem i torturami. Ponieważ zabrakło miejsc w instytucjach izolacyjnych, Tybetańczyków przetrzymywano w halach i magazynach. Ogłoszono też dwudniowe ultimatum dla uczestników rozruchów, nakazując im oddać się w ręce służb bezpieczeństwa. Blokada informacyjna była już tak szczelna, że doniesienia o kolejnych protestach – na przykład w Kanlho (chiń. Gannan), w Gansu, w Dału (chiń. Daofu), w Sichuanie oraz, krwawo stłumionym, w Labrangu – przekazywała niemal wyłącznie Oser (chiń. Weise), mieszkająca w Pekinie najsłynniejsza poetka Tybetu.

Następnego dnia, wracając do języka rewolucji kulturalnej, Pekin ogłosił „wojnę ludową z wpływami kliki dalaja”, a przez Amdo i Kham przetoczyła się fala masowych demonstracji: najwięcej ofiar, od kilkunastu do 30, było w okręgu Ngaba (chiń. Aba) prowincji Sichuan.

Doniesienia o blisko stu pięćdziesięciu bliźniaczo podobnych protestach – marszach duchownych i świeckich z zakazanymi flagami i portretami Dalajlamy, obrzucaniu kamieniami budynków rządowych, zrywaniu chińskich sztandarów, strzelaniu na oślep do demonstrantów, brutalnym biciu, drastycznych środkach prewencyjnych, listach gończych, masowych zatrzymaniach, setkach „zaginionych”, torturach, samobójstwach, głodzie w otoczonych kordonami świątyniach czy dzielnicach, odbieraniu krewnym zwłok zabitych, czystkach urzędników tybetańskich, odwetowych kampaniach reedukacyjnych oraz dyskryminacji i nękaniu przez Hanów – napływały z całego etnicznego Tybetu (a nawet szkół w Chinach właściwych, gdzie demonstrowali tybetańscy uczniowie) nieprzerwanie, dzień po dniu, do połowy kwietnia. Ostatnie, najbardziej rozpaczliwe manifestacje, były już tylko jednoosobowe, niemniej strzelano i do samotnych mniszek w Kardze. Władze chińskie nie tylko nie wyciągnęły jedynego racjonalnego wniosku – konieczności uznania apeli Dalajlamy o faktyczną autonomię i zuniformizowaną administrację dla wszystkich ziem tybetańskich tudzież rewizji polityki „chwytania oburącz”, której owoce właśnie zbierały – lecz wciąż nakręcały spiralę represji: w najbardziej niespokojnych regionach liczba żołnierzy i funkcjonariuszy policji zrównała się niemal z wielkością populacji tybetańskiej. Co więcej, machina propagandowa, posługując się zdjęciami z „incydentu 14 marca”, fabrykując absurdalne doniesienia o konfiskowaniu broni (czytaj: przedmiotów rytualnych lub wotów skruszonych kłusowników) w klasztorach buddyjskich czy celebrując oburzenie protestami na trasie konwojowanego przez świat niczym groźny bandyta znicza olimpijskiego, konsekwentnie podsycała antytybetańskie nastroje Hanów i ksenofobię fenqing, „młodych gniewnych” nacjonalistów, nawołujących do krwawej rozprawy z „niewdzięcznymi barbarzyńcami”. Z drugiej strony, szowinistyczna nagonka skłoniła bardzo wielu chińskich dysydentów i intelektualistów do zabrania głosu w obronie Tybetańczyków oraz umiarkowanych postulatów ich przywódcy (kilkudziesięciu adwokatom, którzy zadeklarowali gotowość reprezentowania oskarżonych, grożono utratą odnawianych co rok licencji).

Według podających sprzeczne dane chińskich mediów zatrzymano ponad sześć tysięcy Tybetańczyków (przy około 130 znanych więźniach politycznych w 2007 roku). Władze oficjalnie przyznały się do tylko jednej tybetańskiej ofiary (diaspora informowała o ponad dwustu): zastrzelonego pod koniec kwietnia „powstańca”, który miał wcześniej zabić oficera policji w Darlagu (chiń. Dari), w Gologu (chiń. Guoluo). Setki mnichów lhaskich klasztorów potajemnie wywieziono do ośrodków internowania w Qinghai. Do końca igrzysk olimpijskich Tybet pozostał gigantycznym więzieniem, które można było opuścić jedynie na podstawie spec-przepustki (bez żadnej zresztą gwarancji znalezienia miejsca w hotelu w Chinach właściwych, gdzie formalnie zakazano meldowania Tybetańczyków i Ujgurów). Sieć legitymujących co krok blokad, posterunków i patroli zaciśnięto tak ciasno, że po marcu z kraju udało się wydostać ledwie garstce uchodźców. Nad wieloma wschodnimi regionami unosiło się widmo głodu, gdyż w porze zasiewów pola leżały odłogiem, ponieważ większość chłopów uciekła przed prześladowaniami w góry lub do lasów.

Pierwsze wyroki za udział w lhaskich protestach zapadły już pod koniec kwietnia: 17 Tybetańczyków skazano wtedy na kary od trzech lat do dożywotniego więzienia. Wszystko wskazuje na to, że jak zawsze w takich okolicznościach, oskarżonym odmówiono prawa do uczciwego procesu i skutecznej obrony. Tradycyjnie też władze chińskie bardzo powściągliwie informowały o jakichkolwiek szczegółach, takich jak choćby dane skazanych – jeden z nielicznych wyjątków, najprawdopodobniej w celu zastraszenia potencjalnych naśladowców, zrobiono w listopadzie dla Łangdu (dożywocie) i sześciu innych pracowników organizacji pozarządowych, których ukarano wyłącznie za „przekazywanie informacji”, między innymi „klice dalaja”.

W najbardziej dramatycznym roku ostatnich trzech dekad – w którym „wolny świat” miał dla Tybetańczyków wyłącznie zwyczajowe, symboliczne apele, czyli puste gesty, prawdopodobnie upewniające tylko przywódców w Pekinie o słuszności i opłacalności polityki twardej ręki – wysłannicy Dalajlamy spotykali się z przedstawicielami władz chińskich trzykrotnie. W maju, w trybie nadzwyczajnym, mówiono o kryzysie (bez żadnych wymiernych rezultatów), umawiając się jednak na kontynuowanie formalnych kontaktów. W lipcu, podczas siódmej rundy rozmów, Tybetańczycy oświadczyli, że „bez poważnego i szczerego oddania drugiej strony kontynuowanie procesu dialogu niczemu nie służy”, ale też zostali poproszeni o przedstawienie na piśmie swoich postulatów, co uczynili w listopadzie. Władze chińskie kategorycznie odrzuciły ich „Memorandum w sprawie autonomii narodu tybetańskiego” – składające się wyłącznie z odwołań do postanowień konstytucji ChRL i odpowiednich ustaw – jako próbę uzyskania „niepodległości” czy „półniepodległości”. Zapowiadający pełne wycofanie się z życia politycznego Dalajlama, który uznał dialog za martwy, w trybie konstytucyjnym zwołał Nadzwyczajne Zgromadzenie elit diaspory, oddając głos najwyższemu suwerenowi. Delegaci, którym przekazano także tysiące opinii z samego Tybetu, opowiedzieli się w listopadzie za kontynuacją polityki Drogi Środka i niezmiennym przewodnictwem Dalajlamy.

Przyszłość nie wróży jednak dobrze: przed rokiem newralgicznych, okrągłych rocznic – choćby proklamowania ChRL, narodowego powstania i stanu wojennego w Tybecie, masakry w Pekinie czy Nobla Dalajlamy – władze chińskie trwają przy polityce twardej ręki, czy raczej „obu rąk”, odpowiedzialnych obok ścisłej kontroli policyjnej za napędzany rządowymi subwencjami szybki rozwój gospodarczy, i zapowiadają budowę nowych linii kolejowych oraz kontynuację urbanizacji (według oficjalnych danych w 2008 roku do „murowanych domów” przesiedlono kolejne 312 tysięcy chłopów i koczowników z TRA), co jak do tej pory pogłębiało tylko – stojące za tegorocznymi protestami – marginalizację i rozgoryczenie rdzennej ludności Tybetu.


 

Polska

W lutym w Sejmie VI kadencji zarejestrowano kolejny Zespół do spraw Tybetu, na czele którego stanęła ponownie posłanka Beata Bublewicz.

W czasie wiosennego kryzysu, podobnie jak w innych państwach demokratycznych, apele o przywrócenie spokoju w Tybecie i protesty przeciwko brutalnym represjom władz chińskich wystosowali między innymi członkowie Zespołu, prezydent RP i MSZ, a marszałek senatu Bogdan Borusewicz na znak solidarności zaprosił do Polski Dalajlamę. Do trzeciej wizyty owacyjnie witanego przywódcy Tybetańczyków doszło w grudniu: w czasie obchodów rocznicy przyznania Lechowi Wałęsie Pokojowej Nagrody Nobla Jego Świątobliwość spotkał się z premierem Donaldem Tuskiem i prezydentem Nicolasem Sarkozym, w Krakowie odebrał doktorat honoris causa Uniwersytetu Jagiellońskiego, a we Wrocławiu honorowe obywatelstwo miasta. W Warszawie przyjęli go marszałkowie obu izb, władze stolicy oraz – co podkreślano, prywatnie – prezydent Lech Kaczyński.

Wszystkie te gesty były wymowne i potrzebne, niemniej nie szły za nimi żadne działania na płaszczyźnie wykonawczej, które mogłyby skłonić przywódców ChRL do zmiany polityki w Tybecie. Gorzej, na przykład premier, który nie wziął udziału w ceremonii otwarcia pekińskich igrzysk, przekreślił ten gest w czasie późniejszej wizyty w Chinach, wygłaszając tam zdumiewającą pochwałę podwójnych standardów praw człowieka.

Unia Europejska, wyprzedzając USA, jest największym partnerem ChRL. W sytuacji, w której poszczególne państwa europejskie nie potrafią lub nie chcą zdobyć się na prowadzenie dalekowzrocznej, konstruktywnej polityki wobec Chin, która wzmacniałaby obóz reformatorski, a nie partyjnych twardogłowych, najlepszym rozwiązaniem byłoby powołanie, wzorem administracji Stanów Zjednoczonych, Specjalnego Koordynatora do spraw Tybetu przy Radzie Europejskiej. O tym, jak nieskuteczna i nieopłacalna jest polityka ugłaskiwania przywódców KPCh, najlepiej świadczy przykład prezydenta Francji, który zapłacił – bezprecedensowym – zerwaniem szczytu UE-Chiny za roczne kluczenie w sprawie obecności na igrzyskach oraz próby przypodobania się to własnej opinii publicznej, to znów Pekinowi.
źródło:

http://www.hfhrpol.waw.pl/Tybet/raport.php?raport_id=824


Ponury podmuch uderzył getto. Żądają od nas abyśmy zrezygnowali z tego co mamy najlepszego – naszych dzieci i Starszych. Nie mogłem mieć własnych dzieci, więc oddałem swoje najlepsze lata dzieciom. Żyłem i oddychałem z dziećmi, nigdy nie wyobrażałem sobie, że będę musiał uczynić tę ofiarę na ołtarzu własnymi dłońmi. W moim wieku, muszę rozłożyć ręce i błagać: Bracia i siostry! Oddajcie mi je! Ojcowie i matki –dajcie mi swoje dzieci!

Miałem przeczucie, że coś się szykuje za naszymi plecami. Antycypowałem coś i zawsze byłem jak strażnik – na służbie aby temu czemuś zapobiegać. Ale to było nieskuteczne ponieważ nie wiedziałem co nam zagraża. Wzięcie chorych ze szpitali zaskoczyło mnie zupełnie. I daję wam najlepszy dowód tego: miałem tam swoich najbliższych i najdroższych i nie mogłem nic dla nich zrobić!

Myślałem, że to będzie koniec tego wszystkiego, że po tym, zostawią nas w spokoju, spokoju za którym tak tęskniłem, dla którego zawsze pracowałem, który był moim celem. Ale coś innego było nam przeznaczone. Taki jest los Żydów – zawsze więcej cierpienia i zawsze coraz trudniejszego do zniesienia cierpienia, szczególnie w czasie wojny.

Wczoraj popołudniu dali mi rozkaz wysłania więcej niż 20.000 Żydów poza getto a jeśli nie „My to zrobimy”. Pytanie jakie powstało to czy powinniśmy to wziąć na siebie, zrobić to sami, czy zostawić to innym do zrobienia?” Więc , my – to znaczy Ja i moi najbliżsi współpracownicy pomyśleliśmy najpierw nie o tym ilu zniknie ale jak wielu jest możliwe ocalić. I doszliśmy do konkluzji, że jakby nie było to dla nas trudne, powinniśmy wcielić ten rozkaz w życie własnymi rękami.

Muszę przygotować tę trudną i krwawą operację, muszę odciąć gałęzie aby ocalić pień. Muszę zabrać dzieci, ponieważ jeżeli tego nie zrobię, inni mogą być także zabrani – Broń boże.

Nie mam dla Was dzisiaj , żadnego pocieszenia. Ani nie życzę sobie aby was uspokoić. Musze przyjąć na siebie całą złość i ból. Przyszedłem do was jak złoczyńca zabrać wam to, co jest hołubicie najbardziej w waszych sercach.
Próbowałem, używając wszystkich możliwości aby ten rozkaz został odwołany. Próbowałem ale kiedy okazało się to niemożliwe – złagodzić rozkaz. Jeszcze wczoraj dostarczyłem listę dzieci w wieku 9 lat i chciałem ocalić chociażby tą jedną grupę wiekową dziewięciu i dziesięciolatków. Ale nie miałem pewności co do ustępstw i tylko w jednym punkcie odniosłem sukces, w ocaleniu dzieci powyżej dziesiątego roku życia. Niech to będzie pocieszeniem w naszej głębokiej żałobie.

Jest w getcie wielu pacjentów, którzy oczekuję że przeżyją najwyżej kilka dni więcej, może kilka tygodni. Nie wiem czy ten pomysł jest szatański czy nie, ale muszę powiedzieć to: „Oddajcie mi chorych. W ich miejsce możemy ocalić zdrowych”

Wiem jak drodzy są chorzy w każdej rodzinie a szczególnie dla Żydów. Jednakże kiedy czynione są okrutne żądania, ktoś musi zważyć i zmierzyć: kogo się powinno, można i da ocalić? I zdrowy rozsądek mówi, że trzeba ocalić tych których da się ocalić i tych którzy mają szansę na ratunek a nie tych, których nie dałoby się ocalić w żadnym razie…

Przypominam wam, że żyjemy w getcie. Żyjemy wśród takich ograniczeń, że nie mamy nawet dla zdrowych a co dopiero dla chorych. Każdy z nas karmi chorych płacąc własnym zdrowiem, oddajemy nasz chleb chorym. Dajemy im nasze skromne racje cukru, nasz niewielki kawałek mięsa. I jaki jest rezultat? To nie jest dość żeby wyleczyć chorego i sami popadamy w chorobę. Oczywiście takie poświęcenia są najpiękniejsze i szlachetne. Jednakże są czasy które kiedy trzeba wybrać, poświęcić chorych którzy nie maja najmniejszej szansy na wydobrzenie i także czynią innych chorymi, czy ratować zdrowych.

Nie mogę rozważać tego problemu zbyt długo, ja go rozwiązują na korzyść zdrowych. W tym duchu dałem odpowiednie instrukcje lekarzom i oczekuję od nich aby dostarczyli niewyleczalnych pacjentów, dzięki czemu zdrowi którzy chcą i są zdolni do życia będą ocaleni w miejsce chorych.

Rozumiem was, matki, widzę wasze łzy. I tak samo czuję co wy czujecie w waszych sercach wy, ojcowie, którzy musicie wstawać do pracy wna nastepny dzień po tym, kiedy wasze dzieci będą wam zabrane, kiedy jeszcze wczoraj bawiliście ze swoimi drogimi maluchami. To wszystko wiem i czuję. Od czwartej popołudniu wczoraj, kiedy pierwszy raz dowiedziałem się o rozkazie jestem zupełnie zdruzgotany. Dzielę wasz ból. Cierpię z powodu waszej boleści i nie wiem jak to przeżyję – ale muszę znaleźć siły aby to uczynić.

Wyjawię wam tajemnicę. Oni zażądali 24.000 ofiar, po 3.000 na każdy z ośmiu dni. I wygrałem redukcję liczby do 20.000 ale tylko na warunkach, że będą to dzieci do 10 lat. Dziesięciolatki i starsze są bezpieczne! Jednak dzieci i starsi to tylko około 13.000 dusz, więc różnicę musimy wyrównać chorymi. Ledwo mogę mówić. Jestem wykończony. Chcę wam tylko powiedzieć o co was proszę – pomóżcie mi przeprowadzić te akcję. Drżę i obawiam się, że inni – Bo…że broń, mogą to zrobić sami. Złamany Żyd stoi przed wami. Nie zazdrośćcie mi. To jest najtrudniejszy ze wszystkich rozkazów jaki musiałem kiedykolwiek wydać. Wyciąga do was moje złamane, trzęsące się ręce i błagam: dajcie tym rękom ofiary! Tylko tak możemy zapobiec przyszłym cierpieniom i zbiorowość 100.000 Żydów może być zachowana. Obiecali mi, że jeżeli dostarczymy ofiary naszymi rękoma, będzie pokój!

[krzyki z tłumu o innych możliwościach, niektórzy mówią „Nie damy dzieciom iść saotnie – wszyscy pójdziemy!!!” i temu podobne]

To są puste słowa! Nie mam siły się z Wami kłócić! Jeżeli władze tutaj przybędą nikt z was nie będzie krzyczał! Rozumiem co to znaczy oderwać część ciała. Wczoraj błagałem na kolanach ale to nie pomogło. Wy, przybyli w małych wiosek z żydowskimi społecznościami liczącymi 7.000 czy 8.000 czy ledwo 1.000 – co jest lepsze? Czego chcecie? Żeby 80 czy 90.000 Żydów pozostało czy – Boże broń – żeby cała populacja była unicestwiona?

Możecie to cenić tak, jak chcecie, moja rola to zachować pozostałych Żydów. Nie mówię do gorących głów. Mówię do waszego rozsądku i sumienia. Robiłem wszystko i nadal będę robił wszystko co jest możliwe żeby trzymać przemoc z dala od ulicy i rozlewu krwi. Rozkaz nie może być niewykonany, może być tylko zredukowany.

Trzeba mieć serce złoczyńcy by prosić o to, o co proszę. Ale spróbujcie postawić się w moim miejscu i dojsc do konkluzji do jakiej doszedłem w jakikolwiek inny sposób. Część która może być ocalona jest o wiele większa niż ta, która musi być oddana!

Kiedy przyszli po komunistów, nie protestowałem. Nie byłem komunistą.
Kiedy przyszli po związkowców, nie protestowałem. Nie byłem związkowcem.
Kiedy przyszli po Żydów, nie protestowałem. Nie byłem Żydem.
Kiedy przyszli po katolików, nie protestowałem. Nie byłem katolikiem.
Kiedy przyszli po mnie, nikt nie protestował. Nikogo już nie było.

Pastor Martin Niemöller, 1942, Dachau.


  • RSS